niedziela, 31 grudnia 2017

Trzydzieści trzy powody, dla których warto zapamiętać rok 2017! 33rd reasons to remember the year 2017!


W świecie muzyki improwizowanej dzieje się tak wiele, iż wszelka próba zapanowania na tym konstruktywnym chaosem jest z góry skazana na niepowodzenie!

Nie sposób jednak nie podsumować mijającego roku. Z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej rok 2017 był szczególnie udany. Zatem lista najlepszych płyt rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. Oto ona - wydawnictwa zaprezentowane są w kolejności przypadkowej, niewartościującej w jakikolwiek sposób, uporządkowanej, jak na zdjęciu poniżej, poczynając od lewego górnego narożnika!




Albert Cirera  Lisboa’s Work  review

Pedra Contida  Amethyst   review

Jellyspace (Trzaska, Mazur, Jørgensen)  Jellyspace  review

Ernesto Rodrigues/ Yedo Gibson/ Miguel Mira/ Luis Lopes/ Vasco Trilla  Nepenthes Hibrida  review

Sharif Sehnaoui/ Adam Gołębiewski  Meet The Dragon  review

Phicus (Ferran Fages, Àlex Reviriego, Vasco Trilla)  Plom  review

Marcelo dos Reis/ Eve Risser  Timeless  review

Agustí Fernández  The Celebration Ensemble  review

Dikeman/ Serries/ Aquarius  Day Realms  review

Alex Ward/ Mike Gennaro  Bring A Book  review

Tom Chant  Stripped Abstract  review

Trevor Watts/ Veryan Weston/ Alison Blunt/ Hannah Marshall  Dialogues With Strings  review

Alexandra Grimal/ Benjamin Duboc/ Valentin Ceccaldi  Bambú  review

Matthias Müller  Solo Trombone  review

Magda Mayas/ Jim Denley  Tempe Jetz  review

Kodian Trio  II  review

John Butcher/ John Edwards/ Mark Sanders  Last Dream of the Morning  review

EFG Trio (Peter Evans, Agustí Fernández, Mats Gustafsson)  A Quietness Of Water  review

Memoria Uno  Sons Of Liberty. Live at Granollers  review

The Liquid Trio (Agusti Fernandez, Albert Cirera, Ramon Prats)  Plays Bernoulli  review

Evan Parker/ John Edwards/ Steve Noble  Pen  review

Graham Dunning/ Colin Webster  Most Of What Follows Is True  review

Chamber 4  City Of Light  review

Harald Kimmig/ Ernesto Rodrigues/ Miguel Mira/ Guilherme Rodrigues/ Vasco Trilla  Blattwerk  review

Joe Morris  Ultra  review

Marcelo Dos Reis  Cascas  review

Quartet & Quintet  Double Vortex  review

Webster/ Lisle  Live At De Singer  review

Gonçalo Almeida/ Rodrigo Amado/ Marco Franco  The Attic  review

Yedo Gibson/ Vasco Trilla  Antenna  review

Eve Risser/ Benjamin Duboc/ Edward Perraud  En Corps Generation  review

Völga (Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González, Vasco Trilla)  Völga  review

Staub Quartet  House Full Of Colors  review




piątek, 29 grudnia 2017

Colin Webster! Highway to the Glory! Another New Story! *)


Personalia angielskiego saksofonisty Colina Webstera były już na tych łamach odmieniane przez wszystkie przypadki (a działo się to głównie w drugiej połowie bieżącego roku), a zatem bez szczególnego wprowadzenia zapraszam do poznania kolejnych pięciu wydawnictw z udziałem muzyka, które jako datę wydania mają wstawione te oto cztery cyfry – 2017!

Przy okazji, przed nami pełne spektrum współczesnych nośników dźwięku – dwie kasety, winyl, CD i … CDr. I jeszcze ważne ostrzeżenie - amplituda emocji związanych z odsłuchem tychże płyt może u niektórych odbiorców skutkować trwałym uszczerbkiem na zdrowiu!




Lao Dan / Rick Countryman / Colin Webster  Saxophone Anatomy (CD, Armageddon Nova, 2017)

Na początek grudniowa świeżynka, czyli kompilacyjny dysk z trzema ekspozycjami na saksofon solo. Wydawnictwo tym ciekawsze, iż konsumuje w sobie dokonania muzyka chińskiego, filipińskiego i angielskiego. Najpierw Lao Dan na saksofonie altowym. Utwór zwie się Self-Destruct Machine, a nagrany został w Chinach w maju br. Tuż po nim - Rick Countryman, także na saksofonie altowym (River Remains River) i nagranie poczynione w Quezon City (Filipiny, data nieznana). A na finał nasz bohater - Colin Webster na saksofonie barytonowym (Homerton) i rejestracja z Londynu, z lipca br. Każdy z solowych występów trwa niespełna 20 minut.

Lao: Wysoki, drapieżny sound na sporym pogłosie, czyniony z iście dalekowschodnim temperamentem. Krótkie, urywane frazy z inklinacjami do noise oraz dłuższe, bardziej wyważone, zdecydowanie w klimatach jazzowych, chwilami free jazzowych. Duża amplituda emocji – od eksplozji emocji po stonowane, niemal słodkie pasaże z melodyką zaszytą w tle. Częste zmiany narracji i sposobów dobywania dźwięku. Cały występ Dana można potraktować, jako krótki przegląd technik jazzowej gry na saksofonie altowym. Nie do końca odkrywczych, dodajmy dla porządku. Od 8 minuty pojawia się nowy element w tej opowieści – odgłosy dobywane przez muzyka otworem gębowym. Łączenie akcentów free jazzowych z dalekowschodnim żywiołem wokalnym stanowić może sporą wartość dodaną tego mini koncertu.

Rick: Ostry, dynamiczny początek, lekko stemperowane brzmienie altu. Zwinna narracja, płynne, szybkie palcówki na dyszach. Sporo temperamentu i melodyki w improwizowanym zaśpiewie saksofonu. Muzyk szuka dłuższych, bardziej rozbudowanych opowieści. Udanie odnajduje w głowie frazy zapamiętane z lektury historii free jazzu. Po 11 minucie zdecydowanie wycisza swoje poczynania, przez co cierpi nieco jakość całej ekspozycji. Jakby przybywało pogłosu w brzmieniu instrumentu, a ubywało kreatywności w głowie artysty.

Colin: Drumming na dyszach dużego saksofonu i szumy w jego rozległej tubie. Duży krok od free jazzu w kierunku sonorystycznie zdefiniowanego free improve. Powiedzmy to od razu – w porównaniu do występu poprzedników, ogromny skok jakościowy. Od początku tłuste, acz wyrafinowane preparacje, intrygujące, zmutowane brzmienie barytonu. Prychające dysze i kipiąca tuba – maksimum efektu przy ograniczaniu stosowanych środków wyrazu. Tuba niczym bęben basowy. Niemal elektroakustyczna ekspozycja na jednym, żywym instrumencie! Brawo! Dobra szkoła butcherowskiej fizyki dźwięku. Baryton mówi, krzyczy, tupie nogami i skacze pod sufit. Drąży dziurę w skale. W 9 minucie pokaz tysiąca sposobów na całowanie ustnika. I znowu drążenie skały. Akustycznie błyskotliwe, ostre jak brzytwa podmuchy improwizacji, usytuowane o lata świetlne od jazzowego frazowania, czy silnie eksponowanej melodyki Lao i Ricka. Na finał, jakby próba powrotu do estetyki początku tego występu, a tuż potem długotrwałe, urocze wybrzmiewanie! Akustyczny majstersztyk! Rezonujące drony w rozgrzanej tubie barytonu!




Dead Neanderthals  Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017)

Dziś, tuż przed końcem roku, w trakcie przedsylwestrowej ekscytacji, recenzent szczególnie dba o wysoki poziom adrenaliny u Czytelników! A zatem teraz, prawdziwa petarda w postaci sztandarowej formacji holenderskiej Nowej Fali Heavy Jazzu!

Najnowsza płyta Dead Neanderthals (wspaniała nazwa, padła już na tych łamach ostatniej jesieni!) zwie się Womb Of God. Dwie strony winyla nie trwają wiele ponad 34 minuty. Rdzennymi muzykami grupy są Otto Kokke na saksofonie i Rene Aquarius na perkusji. Bardzo często wspiera ich na drugim dęciaku Colin Webster. Tak jest też tym razem. Dodajmy, iż muzycy nie nagrali płyty jednocześnie. Saksofonowa ścieżka Webstera została nagrana niezależnie od pozostałych muzyków, a to, co słyszmy na winylu jest m.in. efektem dobrej mikserskiej roboty! Baa, i to jak dobrej!

Side A. W mroku, z głębi starego, zdezelowanego transformatora, dobywa się elektroakustyczna otchłań bezdźwięku. Bęben basowy wzywa na rytuał inicjacyjny, towarzyszy mu zmutowany pogłos czegoś, co może przypominać saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia. Jednorodny, dotkliwy elektrodron czyni swoją powinność. Po 80 sekundach wyczekiwania następuje start progresywnego, istotnie metalowego drummingu. Monotonny, boleśnie piękny, doom-dark-heavy-flow! Saksofonowy dron (trudno ocenić, czy tworzą go dwa instrumenty) pędzi na zatracenie, a stałymi elementami improwizacji, w tym tyglu emocji, zdają się być barwa i natężenie dźwięku, a także jego intensywność. Stopa dużego zestawu perkusyjnego, to jak odgłos zbliżającej się nieodwracalności sytuacji dramaturgicznej. Bije, pompuje krew, żyje! Muzyka, która jest wodospadem, bez dna. 7 minuta – recenzent ma wrażenie, że w bólach piekielnych rodzi się drugi saksofon. W natłoku wydarzeń fonicznych, ledwie akcentuje swoją obecność. 8 minuta, to jakby wyższy stopień intensywności całej narracji, a przy okazji, odrobinę więcej przestrzeni dla obu dęciaków, które krzyczą, wyją, skowyczą, ciągle pozostając jednak wewnątrz dronu. Tornado, które wsysa Cię do środka, razem z całą zawartością świata realnego. A gdy już znajdziesz się po drugiej stronie, przestajesz myśleć o drodze powrotnej! Powiedzieć o tej eskalacji ściana dźwięku, to jakby nic nie powiedzieć. Noise? Brzmi zbyt poetycko. 19 minuta – jeden z saksofonów próbuje inicjować indywidualny pasaż dźwięku, ale jarzmo narracji nie pozwala na wiele. Jedynie tekstura całości wzbogacona zostaje o nowy, drobny element.

Side B. Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!




Graham Dunning / Colin Webster  Most Of What Follows Is True (Cassette, Sound Holes, 2017)

Bez chwili wytchnienia ruszamy w kolejną ekscytującą podróż. Tym razem napotykamy na prawdziwie żywy instrument dęty w konfrontacji z intrygującą elektroniką! Colin Webster – saksofon barytonowy i Graham Dunning - turntable, dubplates, spring reverbs (innym słowy: stół mikserski, trochę sampli i dużo pogłosu). Kaseta zwie się proroczo Most Of What Follows Is True i przynosi sześć opowieści, które trwają 34 i pół minuty. Nagranie studyjne z Londynu, poczynione dwa lata temu.

One. Baryton prycha jak wieprz, a e-music snuje perkusyjne dygresje, niczym żywa istota, obija werbel zwinnymi samplami. Ciasna, zadziorna sonorystyka. Elektronika Grahama, to kategoria dźwięków, którą szczególnie lubi recenzent. Nie epatuje fonią, świetnie komentuje i stymuluje poczynania żywej strony świata. Dotkliwe akustycznie talerzykowanie, które przeradza się w skromny rezonans, jakby na potwierdzenie tych słów. Saksofon w glorii metalicznych obcierek szykuje się do skoku! Two. Tym razem kable Dunninga aż huczą z emocji. Skwiercząca ściana dźwięku, rodzaj modulowanego, białego hałasu. Baryton bez wysiłku wgryza się w tę strukturę, ta zaś niespodziewanie rezonuje. Drży i szeleści. Udane próby imitacji obu zestawów instrumentalnych, mimo dużych różnic w zakresie stosowanych środków wyrazu. Tembr barytonu jakby delikatnie mutował się na kablach. Three. Muzycy ponownie w zwarciu. Saksofon świetnie konweniuje z brudną harsch elektroniką, choć ta buduje głównie drony wypełnione gorącym powietrzem. Instrument Colina pracuje niczym meta świder, który drąży skałę. Efektowne wybrzmienie! Four. Odrobina dubowego sosu dla pokreślenia dobrego smaku tej improwizacji. Saksofon pichci spokojną balladę dla utopijnie zakochanych, buduje postnuklearną melodię. Z twardego dysku Grahama wyskakuje zwinny loop i organizuje ten fragment płyty. Na wybrzmieniu studyjne pogaduszki muzyków o nierozpoznanej treści. Five. Baryton żmudnie buduje nowy dron. E-music w tle robi mały Twin Peaks. Cichy, niespokojny numer z piekłem zaszytym głęboko w strukturze dźwięków. Od 3 minuty eskalacja! Graham zasysa powietrze do wewnątrz i grzmi złowieszczo. Colin dąży ku zwarciu, jest silnie pobudzony. Po 100 sekundach uspokojenie, w tle sonoryzująca meta opowieść wprost ze spienionej tuby. Schodzenie w ciszę zakłócają sprzężenia na kablach. W 7 minucie - szczypta hałasu, demonicznie siarczystej wypowiedzi obu Panów. Skwierczenie brudnego barytonu na finał. Six. Winylowy szmer w głośnikach. Colin poleruje i czyści dysze. Trochę dźwiękowych subtelności, niczym cisza przed burzą. Spokojny niepokój, dźwięk za dźwięk, ale wciąż w pobliżu ciszy. Całusy i temu podobne imitacje. Rodzaj post-techno zderzonego z gorejącym dęciakiem. Upalone dysze i nadgryzione brzegi tuby. Kompulsywna elektronika. Błyskotliwa symbioza, kosmiczna synergia!!




Colin Webster / Andrew Lisle  Void Into Shape (CDr, Norwegianism Records, 2017)

Tygiel stylistyczny dzisiejszej historii wrze i kipi! Teraz czas na pure free jazzową przygodę Webstera! O duetach naszego bohatera z perkusistami napisano już na tych lamach kilka prac doktorskich. Na ogół dużą czcionką i złotymi literami. W redakcji toczyły się spory jedynie o to, z którym drummerem saksofon Colina brzmi najpełniej. Tu najtrafniejszym wyborem zdaje się być Andrew Lisle. Panowie mają w dorobku kilka płyt, głównie wszakże koncertowych. Świetne się zatem składa, iż w tej opowieści pochylimy się nad produkcją studyjną (Londyn, lipiec 2016r.). Stosowny cd-r zwie się Void Into Shape, przynosi jedenaście pełnokrwistych improwizacji i trwa blisko 50 minut. Z lubieżną ciekawością zaglądamy do środka!

Pierwszy brzmi, jak free jazzowa rozgrzewka na alt i, dopiero co poskładany, zestaw perkusyjny. Bardzo swobodny, wyluzowany flow Colina w zdrowej kooperacji z synkopowanym drummingiem Andrew. Precyzja artykulacyjna, dbałość o timing, czyste, jazzowe emocje. Drugi, zgodnie z tytułem płyty, brnie w poszukiwaniu utraconego kształtu. Bardzo wyważona i spokojna narracja. Przy okazji, świetna okazja do podziwiania kunsztu improwizatorskiego Colina w czystym akustycznie środowisku dźwiękowym. Tak, to prawdziwy master of alt sax! A że z Andrew znają się świetnie, synergia wewnątrz duetu aż kipi. Trzeci rozpoczyna solo perkusji. Kolejny krótki numer, zatem nie napotkamy na zadyszki lub chwile dramaturgicznego zawahania – tylko konkret! Tu, zgrabne igraszki sonorystyczne w ramach gry wstępnej. Studyjna okoliczność spotkania buduje skupienie, generuje nieśpieszność i refleksyjne wręcz klimaty. Narracja w dobrym tempie, bez popadania w galop. Skrupulatne wybrzmiewanie, które pod pręgierzem doskonałego altu, przeradza się w drobną eskalację. Czwarty ponownie odnajduje chwilę na spokojny tembr altu, który stawia udane stemple, posiłkując się szczoteczkami w stanie skromnej konwulsji. Wszystko dzieje w pobliżu ciszy. Muzycy wspólnie drążą koryto rzeki, nie zadając sobie wielu pytań, doskonale znają bowiem swój fach. Liczba błędów narracyjnych duetu przyjmuje trwale wartości ujemne. Ucieczka w galop jest zwinna i zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Piąty przynosi kolejną, zwartą i dobrze opowiedzianą historię. Flow Webstera na alcie przypomina kocią zwinnością dokonania Erica Dolphy’ego. Szósty także świetnie komponuje się z tym, co dotychczas. Płyta składa się z jedenastu opowieści, ale zupełnie swobodnie mogłaby być jednym trakiem. Tak spójne stylistycznie jest to nagranie. Tu akurat, harce dęte odbywają się po raz pierwszy na barytonie! Emocje bulgoczą, jurne konie w galopie! Siódmy od startu tonie w drummerskiej sonorystyce. Colin na alcie tyczy szerokie kręgi, buduje dronowe pasaże, pełne nostalgii, która kąsa! W Ósmym baryton wzywa na ubitą ziemię. Perkusja jest gotowa. Gramy krótkie piosenki, bo dobrze się znamy. Każda myśl Colina zdaje się być bliźniaczo podobna do myśli Andrew! W Dziewiątym ponownie baryton na placu boju. Solowa introdukcja na kipiących od potu dyszach. Całuski, przytulanki, incydenty na talerzach. Saksofon burczy, prycha, snuje opowieści dla złych chłopców! Delicious! Dziesiąty, to tryumfalny powrót altu. Free jazzowy konkret z dużą dawką prawdziwie aylerowskich melodii, ale brutalnie uwspółcześnionych. Dynamiczny flow, pełen kobiecych emocji podefloracyjnych. Niezwykle wysoki stopień zasilania! Energia, zmysłowość, emocje, niepowtarzalność! Jedenasty, na finał, to ballada w rezonansie. Talerze, tomy i werble drżą, rodzaj krypto drummingu. Sprytna dynamizacja smakuje miodem i maliną! Solo Lisle! Alt także! High! Kocie pazury skrobią po szybie i nie sposób się nimi nie zachwycić! Ostatnie słowo prycha z tuby altowego instrumentu dętego, drewnianego! What a game!




David Birchall / Rogier Smal / Colin Webster  Drop Out (Cassette, Astral Spirits, 2017)

Na finał dzisiejszego seta, znów kaseta magnetofonowa! I silnie energetyczne trio - David Birchall na gitarze elektrycznej, Rogier Smal na perkusji i Colin Webster na saksofonie (głównie lub wyłącznie altowym). Londyńska, studyjna rejestracja z marca 2016 roku. Kaseta zwie się, od nazwy miejsca nagrania, Drop Out i trwa niespełna 32 minuty (dwie strony, bez tytułów).

Side A. Punkowy brud, pikantna, dynamiczna narracja, pełna zdrowej anarchii, która bezczelnie panoszy się w studio nagraniowym. Brutalny free-jazz-noise-rock! Zawody prowadzone wszakże w duchu jak najbardziej sportowym. Birchall w centrum, Webster po lewej, Smal po prawej stronie. Dużo prądu i wyładowań atmosferycznych, sporo chemii, a nawet chemikalii. 6 minuta wyznacza pierwszy krok w kierunku psychodelii. Saksofon pętli się, drumming jest hipisiarski (a może już hipsterski). Colin eskaluje się na alcie w wysokim rejestrze, ma brudny, ultra’punk’noise’owy tembr. Pachnie dynamitem na kilometr! Gęsta, uporczywa narracja. Płyta jest krótka, ale ilość poczynionych na niej dźwięków wystarczyłaby na potrójny winyl! Gitara i alt lubią zlewać się w jeden błyskotliwy wielodźwięk, perkusja też nie stroni od lokalnych eksplozji. Bulgoczący tygiel energii! W okolicach wskaźnika czasu 10:30, jakby gwałtowana zmiana jakości nagrania (nieudane zlepienie na etapie produkcji?). Brzmienie tria nabiera przestrzenności, dzięki czemu przyjemność odsłuchu wzrasta. Poziom agresji, drapieżności pozostaje na tym samym poziomie, zatem całkiem spokojnie możemy pójść w taneczne pogo! 13 minuta i zdjęcie nogi z pedału gazu. Efektem piękne, wyraziste pasaże, czynione bardzo selektywnym dźwiękiem, ze szczyptą dubowej przestrzeni. Smal schodzi na talerze, Colin i David prowadzą intrygujący dialog. Całuski, kropelkowanie na mokrych strunach i upoconych dyszach. Powrót rytmu, od strony drummera, wywołuje nową, finałową eskalację.

Side B. Dzwonki, wilgotne struny na progu, repetycje altu. Spokojna, urocza introdukcja. Długie, niebanalne pasaże całej trójki, być może w oczekiwaniu na eksplozję. Prawdziwa druga strona medalu. Piękny rewers! Od 7 minuty startuje jakby nowy track. Estetyczny powrót do strony A kasety. Ostro, czupurnie, wet za wet! Birchall płynie Hendrixem, jakże doskonale czuje się w tej formule. Brawo! Komentarze, podpowiedzi i reakcje Webstera i Smala godne punktu odniesienia! Na finał alt szybuje bardzo wysoko.


****

Wszystkie omówione dziś płyty są dostępne elektronicznie (niektóre także fizycznie) na stronie bandcampowej muzyka:

Colin Webster


Poprzednie historie Webstera na Trybunie, dla przypomnienia:





*) ang. Autostrada do sławy! Kolejna nowa historia!



piątek, 22 grudnia 2017

Yedo Gibson & Vasco Trilla! Escape to Antenna!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!




Czas i miejsce zdarzenia: 13 czerwca 2016 roku, Lizbona, Scratch Built Studio.

Ludzie i przedmioty: Yedo Gibson – saksofon barytonowy i sopranowy, frula (rodzaj serbskiego fletu), Vasco Trilla – perkusja i perkusjonalia.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: sześć utworów z tytułami, 37 minut i kilkadziesiąt sekund, wydane pod imionami i nazwiskami muzyków, jako Antenna (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dostępne na rynku od trzeciego dnia bieżącego miesiąca.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Aperture. Metalowe miseczki wypełnione delikatnym rezonansem. Pląsy saksofonu sopranowego, który wącha swoje dysze, tańczy i swawoli. Vasco drży całym ciałem, które też jest instrumentem, ale także tańczy. Efektem istotnie chochola potańcówka, która smakuje wręcz industrialnie.

Dipole. Upalony blues rodzi się w tubie sopranu. Perkusja sprytnie wypuszcza niezobowiązujące synkopy. Dynamizacja narracji, niedługo po starcie, zdaje się być odrobinę agresywna, ale bez popadania w galop. Sopran wyzwolony już z kleszczy bluesa, ponownie brnie w ekstatyczny taniec, nasączony dobrą sonorystyką, w punktach przegięcia pasaży dźwiękowych, a także na finał.

Fractal. Vasco drepcze od strony ciszy. Yedo, tym razem z barytonem, liczy dysze w swoim instrumencie. Muzycy jakby wspinali się po schodach, przy okazji robiąc dużo wiatru (Vasco, crazy man!). Od 4 minuty, zdają się już zbiegać w dół kolorowym wzgórzem. Wprost do bazy! Rasowy free jazz! Przy okazji pokaz prawdziwie błyskotliwej techniki gry Gibsona na słoniu (czytaj: saksofonie barytonowym). I kto tu, komu kradnie show?! Mistrzowskie na deser wybrzmiewanie, a jakże!




Whip. Sopran ponownie w użyciu, no i cała wataha hell’s bells pod dyrekcją Pana Trilli! Sound dęciaka jest brudny, czupurny, nieco zmutowany. Vasco podłącza pod prąd całą swoją armię konstruktywnych dramaturgicznie przeszkadzajek. Efektem krwisty rezonans i mnogość bolesnych obtarć. Tak, ten fragment płyty, to prawdziwe królestwo katalońskiego drummera.

Array. Od pierwsze sekundy tego fragmentu, działania Vasco są bliźniaczo podobne do czynności podejmowanych przez Yedo. Płyną jednym strumieniem, w tym samym kierunku, zgrabnie się imitując. Muzycy znają się tak dobrze, tak prawdziwie są jednym ciałem, że ich improwizacje nie potrzebują gry wstępnej, rozpoznania walką przy użyciu metody twórczej zwanej search & reflect. Gęsta narracja, ciało w ciało, myśl za myślą. Każdy z aktorów widowiska dodaje tej płycie coś osobliwe szczególnego, coś ponad to, czego zwykliśmy oczekiwać od muzyków improwizujących w duecie saksofon - perkusja. Array, najbardziej dynamiczna część Antenny, kończy się ekstatycznym solem sopranisty.  Amazing one!

Isotropic. Na finał trochę sonorystycznych zabaw. Szczypta wzajemnej imitacji także. W poszukiwaniu lokalnych ekstremów. Zdaje się, że wreszcie, choć tylko na moment, słyszymy dźwięk fruli. Sopran powraca jednak szybko i zaczyna budować nową opowieść. Vasco czyni cuda przedmiotami ze swojej magicznej walizki. Yedo słucha tych fajerwerków, delikatnie dmuchając w swoją wąską tubę. Wybrzmiewanie finału, wytłumianie całej płyty odbywa się w niemal mantrycznym tempie, egzystencjalnym rytmie, z drobinkami sonoryzmu. Dotkliwie piękne!


****


Pierwsza płyta duetu Gibson – Trilla Inherent Chirality została zrecenzowana tutaj 


Definitywnie M.Xmas!



czwartek, 21 grudnia 2017

Memoria Uno! Tom Chant! Barcelona torna l'esquena, episodi segon! *)


Przed nami kolejny, przedświąteczny odcinek kataloński. Dwie nowe, dodam od razu - niezwykłe płyty. Na pewno także wydawnictwa artystycznie niepowtarzalne w zalewie tegorocznych nowości sceny free improv po tej stronie Atlantyku.

Pierwsze powstało w samej Barcelonie, drugie zaś w miejscu nieco od niej oddalonym (wbrew mojej zapowiedzi sprzed dwóch dni) – mianowicie w Banyoles, miejscowości położonej na północ od Girony, zatem już całkiem blisko granicy francuskiej.




Memoria Uno  Conduccion #100

Zaczynamy od czwartej edycji improwizowanej orkiestry Ivána Gonzáleza - Memoria Uno, przy okazji drugiej datowanej na rok 2017 (tą pierwszą była, wydana późną wiosną w naszym pięknym kraju, Sons Of Liberty. Live at Granollers). Tym razem skład 20 osobowy, który bezwzględnie winniśmy wymienić, nazwisko po nazwisku, instrument po instrumencie. A zatem: Ilona Schneider - głos, Pablo Selnik – flet, Marcellí Bayer – klarnet basowy, Joan Mas - saksofon altowy, Albert Cirera i Tom Chant – saksofony tenorowe, Don Malfon – saksofon barytonowy, Ferran Besalduch – saksofon basowy, Vicent Pérez – puzon i efekty, Joan Bayes i Hilario Rodeiro – laptopy, Diego Caicedo i Dani Pérez – gitary elektryczne, Martín Leiton – gitara basowa, Àlex Reviriego i Marc Cuevas – kontrabasy, Ramon Prats, Juan Rodríguez Berbín i Vasco Trilla – perkusja, Iván González – dyrygentura. Tradycyjnie zatem w przypadku tej orkiestry, każdy koncert, każda rejestracja, to inny skład personalny i instrumentalny. Tu, po raz pierwszy, z użyciem nie tylko akustycznego akcesorium. 

Nagranie poczynione w lutym br. w Centro Cultural Albareda (Barcelona). Dyrygentura nr 100 trwa niewiele ponad 24 minuty. Dostarcza Discordian Records w plikach, a także – co niezwykle rzadkie w przypadku tego labela – na fizycznym nośniku (CD).

Muzycy od samego początku jedzą dyrygentowi z ręki (traktujmy ten zwrot dość dosłownie – Ivan nie stosuje jakichkolwiek notacji w procesie sterowania kolektywną improwizacją, wyłącznie gestykuluje). Niezliczone falangi instrumentów snują swoje opowieści. Jeden z saksofonów akcentuje solową obecność. Może liczyć na kontrapunkty rozbudowanych i zmultiplikowanych sekcji rytmicznych. Elektronika i głos damski także wtrącają nieodzowne trzy grosze. Gęsto, narowiście, nerwowo, gdyż łatwo o samozapłon. Mnogość mikrozdarzeń akustycznych i elektroakustycznych. Każde z nich bacznie analizowane i komentowanie w rozległym gronie muzyków. 3 minuta – odrobina elektrowstrząsów na kablach. Sekcja dęta gra walca dla introwertyków po przeszczepach mózgu. Ta chwila zdaje się wyjątkowo śliczna! W komentarzu pasus z trzygłowego potwora perkusyjnego. Tymczasem sekcja gitar elektrycznych masywnie oliwi struny. Sekcja basowa także zaznacza swoją obecność. Specyficzne search and reflect! Bez eskalacji. W poszukiwaniu wewnętrznej harmonii, która czai się za rogiem. 9 minuta, to skromna dynamizacja narracji – kolejne ogniska dźwięków podłączają się pod globalny flow orkiestry. Tuż potem akcent wręcz jazz-rockowy. I złowieszczy wokal! Dęciaki galopują na zatracenie! Rewia perkusyjna! Narracja gęsta, jak olej. Dzieje się tyle, że recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Nawet szczypta fussion like 70s! 13 minuta przynosi wybrzmienie. Pląsy na zaciągniętym ręcznym. Mikrozdarzenia, perkusjonalne grepsy i flet. Rodzaj dźwiękowego kalejdoskopu. Fantazja recenzenta buzuje! 14 minuta – atak sekcji gitar i perkusji! Doom metal w eksplozywnym natarciu! Matowy, jak świńska skóra! Uspokaja się po … 30 sekundach! A jaki był piękny! Dla przeciwwagi, romantyczny, swingujący saksofon (Cirera? Chant?) na tle twardego akompaniamentu jednej z podsekcji rytmicznych. Ciężka maszyna, jurna lokomotywa rusza z kolejnej stacji na drodze do piekła! Toczy się jednak wyjątkowo zwinnie i nie traci czasu na zbędne przystanki. Tymczasem piękny zjazd kontrabasów do samego dołu (Alex?). Orszak pogrzebowy stacza się wprost do dziury w ziemi (19 min.). Narracja niemal staje w miejscu. Sonorystyczna cisza. Dźwięki saksofonów gotują się w tubach. Cała orkiestra przebiera nogami, gotowa do wymarszu. Wichry wojny tłumione na dyszach! Pulsacje cięższych saksofonów! Struny goreją! Rytm nadchodzi wprost z piekła, dokładnie z dna saksofonu basowego! Wibratory Vasco tańczą na rozpalonych tomach! Drobne incydenty we wszystkich falangach! A kres jest tak bliski… Finałowe crescendo milknie przy gasnącym rezonansie perkusji. Cisza, jak wyrok.




Tom Chant  Stripped Abstract

Początek lipca br., wspomniane wcześniej Banyoles, a dokładnie Església de Sant Romà de Miànigues (nazwa sugeruje, iż mamy do czynienia z obiektem sakralnym). Wewnątrz siódemka muzyków, wyposażona - w znacznym stopniu - w dość specyficzne instrumentarium: Núria Andorrà – bęben basowy i … rice (ryż), Tom Chant – saksofon sopranowy, Ferran Fages – gitara akustyczna i ebow, Ángel Faraldo – stół mikserski bez sygnału wchodzącego (no-input mixing desk /cardboard bowes), Ramon Prats – werbel, Alex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – talerz i taśma magnetyczna. Nagranie zatytułowane Stripped Abstract trwa 45 minut i 45 sekund (jeden trak). Dostarcza nowa inicjatywa wydawnicza Toma Chanta (Hairy Ear Records).

Z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na płycie jest z pewnych względów nierecenzowalna, pozwalam sobie rozpocząć jej omawianie od słów, jakie zawarł w opisie wydawnictwa jej główny kreator, czyli Tom Chant.

Ten utwór jest eksploracją jednego, niejasno zdefiniowanego stanu. Stanu zawieszenia. Albo zawieszonych ciał, z których każde wibruje we własnej, unikalnej częstotliwości.

Formą utworu jest stan. Muzyka jest opisem stanu, czyni to poprzez dźwięk. Wykonawcy także pozostają w stanie zawieszenia. I każdy z nich doświadcza zmiennego stanu wewnętrznego napięcia w akcie ilustrowania tego niezmiennego stanu zawieszenia.

Z ciszy i mroku, szelestu ciemności, stanu wyczekiwania, szmerów, ustawiania przedmiotów, które za chwilę wydadzą dźwięk, po 30 sekundach, następuje start kosmicznego dronu o jednostajnej amplitudzie. Dronu, który z minuty na minutę delikatnie pęcznieje w zakresie instrumentalnym (muzycy jakby dokładali kolejne klocki do konstrukcji narracyjnej). Dodatkowe, silniejsze akcenty elektroakustyczne pojawiają się niezwykle rzadko. Rodzaj artystycznej bojaźni i drżenia. Pulsacja, rezonans, dramaturgiczny niepokój ogarniają całą przestrzeń obiektu, w którym znajdują się muzycy, także całą przestrzeń wewnątrz naszej głowy (stół mikserski czuwa!). Dźwięki płyną szerokim, wartkim strumieniem. Na prawej flance pojawią się ultra drobne incydenty w tubie saksofonu sopranowego. Na lewej, akustycznie przejawia się obecność gitary. Środkiem zaś brnie z mozołem wielka armia wibratorów Vasco Trilli, choć on sam, zdaje się, że używa wyłącznie talerza i strzępek taśmy magnetycznej. Bliżej dźwięków, które na ogół kojarzymy z elementami zestawu perkusyjnego, pozostają Andorra i Prats. Reviriego zakleszczony w głębokim smyczku, trącym żeliwne struny kontrabasu. Fages generuje prądy i fale, które przenikają przez obiekty pozostałych muzyków (recenzent wielu rzeczy jedynie się domyśla, albowiem w dronie Stripped Abstract nie sposób precyzyjnie selekcjonować dźwięki). W 9 minucie wyjątkowo uważny słuchacz doszuka się w płynnej narracji ledwie odczuwalnego crescendo, ale może to tylko złudzenie, wywołane przebywaniem w środku drona. W 15 minucie odczuwamy coś na kształt sprzężenia elektrycznego na lewej flance, na prawej zaś doświadczamy zdarzeń perkusyjnych o syntetycznym posmaku. Muzyka, rodzaj gigantycznego extremum, które wsysa do wewnątrz wszystko, co napotka na swojej drodze. Bez wskazywania drogi powrotnej. 21-22 minuta, to nanoincydenty saksofonu, jakby znaki przecinkowe w potoku świadomości autora. Tuż obok jęki konających kobiet. Żywe granie, w którym dron trzyma się stanu permanentnego zawieszenia. Jego utrzymywanie musi stanowić spore wyzwanie dla wszystkich uczestników tego spektaklu (wzdycha z podziwem recenzent!). W 28 minucie pulsacja zdaje się ulegać drobnej mutacji, ale to także może być tylko złudzenie. W 33 minucie, w nasilającym się skomleniu saksofonu (w formie regularnych, urywanych fraz), dron jakby się rozwarstwiał. Odbiorcom tych dźwięków pozostaje już tylko jedna z dwóch opcji – orgazm albo śmierć!

Finałowe pięć minut dostarcza więcej mikrozdarzeń. 43 minuta, to perkusyjne zabawki, które multiplikują się w oddali. Narracja, która od wielu chwil sugeruje zaszyty w niej noise, od 44 minuty de facto nim się staje.  Ostatnie tchnienie dronu wydane zostaje na komendę. Stan ciszy, osiągnięty w perfekcyjny sposób, smakuje napalmem o poranku. Czas Apokalipsy 2017 dokonał się!


*) kataloński: Barcelona kontratakuje, epizod drugi

wtorek, 19 grudnia 2017

Liquid Trio! Duot! Cirerot! Barcelona torna l'esquena, episodi primer! *)


Tydzień bezpośrednio przedświąteczny Redakcja postanowiła przeznaczyć wyłącznie na muzykę improwizowaną, pochodzącą z pięknej Barcelony!

Dziś mamy do odsłuchu trzy płyty, stworzone łącznie przez trzech muzyków. Dwie pozycje wydane … w Polsce (to już w sumie reguła), jedna zaś - to oficjalny bootleg! I szczególna postać, która łączy wszystkie te epizody muzyczne - lizboński rezydent, kataloński saksofonista Albert Cirera.

Jeszcze w tym tygodniu poznamy dwie kolejne, zupełnie nowe płyty nagrane w stolicy Katalonii, tamże opublikowane. Zawarta na nich muzyka bardzo się od siebie różni, choć personalnie wykonana została przez zbliżony aparat wykonawczy. To jeden z wielu uroków muzyki z Iberii!





The Liquid Trio plays Bernoulli

Na początek Płynne Trio, które zagra muzykę improwizowaną, stworzoną wedle zasad …hydrodynamiki, sformułowanych przez Bernoulliego prawie 250 lat temu! **). Agustí Fernández na fortepianie, Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz Ramon Prats na perkusji. Koncert z Konserwatorium Muzycznego w hiszpańskiej Salamance, ze stycznia br. Trzy fragmenty, zdobione nazwami lokalnych win, 57 minut z sekundami. Płytę Plays Bernoulli – trzecią już w dorobku formacji - dostarcza Fundacja Słuchaj!

Taleia. Piano z klawisza, po części także ze strun, bulgoczące, sonorystyczne soki w tubie saksofonu, talerze w rezonansie – w takim oto stanie zastajemy muzyków na starcie koncertu. Agusti bije w dzwonki, stawia symboliczną synkopę, zachęca młodzież do zwiększenia aktywności. Ramon bierze w ręce kombinerki i rozkręca swój zestaw perkusyjny. Fizyka improwizacji. Ciśnienie w tubie rośnie w postępie geometrycznym, tworzy ciągi dźwięków, drobinki, szczepy dynamiki, hydrodynamiki (perfekcyjna jakość fonii! – krzyczy recenzent i włosy stają mu dęba!). 6 minuta – muzycy są już w sporym galopie, piano nadal z klawisza, progresywny drumming, preparowany tenor (zapewne z tekturową tubą … w tubie). Konwulsyjnie, ciało w ciało, usta w usta, płuca w płuca. 10 minuta – krytyczne wybrzmienie (yeah!). Free improv czerwone, silnie wytrawne, o głębokim smaku, z nutką ortodoksyjnej telepatii. 12 minuta – preparowane igraszki na trzech frontach - piano like drums, drums like tuba, sax like nightingale after nuclear disaster! Wyższa szkoła sonorystyki stosowanej! 18 minuta – burza z piorunami! Muzycy pozostają w ciągłym ruchu – drgania, szemrania, stukoty. Ponieważ znają się doskonale, mogą pozwalać sobie na ryzykowne, wręcz karkołomne rozwiązania dramaturgiczne. I czynią to z ochotą! Fernandez lubi przywoływać młodszych do porządku, stawiać - raz po raz - klasycyzujące stemple. 24 minuta – powrót do free jazzowego galopu, w formie imponującego crescendo! Tuż potem sumiaste poszukiwanie ciszy na finał tego odcinka.

Rufián. Narracja wedle formuły dziś pytanie, dziś odpowiedź. Duet piano – sax w drobnym zwarciu. Dynamicznym, free jazzowym, bez estetycznych skrupułów. Być może w edycji koncertowej muzycy Liquid Trio zatracili nieco subtelności, jaka towarzyszyły im w trakcie studyjnej rejestracji Marianne. W 5 minucie inny duet – piano i perkusja. Szaleńczy, rockowy temperament wykluwa się z głów rozpalonych Katalończyków. Saksofonista wdziera się na trzeciego! Prawdziwa eksplozja! Żywioł koncertu pożera muzyków – być może sprawia to sala koncertowa, której gabaryty nie służą do eksponowania niuansów brzmieniowych. To wino z dużą ilością siarczyn! A na finał znów duo – tym razem Cirera i Prats.

Los pasitos. Muzycy zaczynają od strony ciszy, jakby w odpowiedzi na drobne ambiwalencje recenzenta sprzed chwili. Preparacje, strzępy dźwięków. Muzycy snują się po scenie, jakby śnili na jawie. Agusti stara się porządkować sytuację dramaturgiczną koncertu. Lubi stawiać na swoje. Szacunek dla starszego kolegi czyni z Alberta i Ramona pojętnych uczniów. Ten pierwszy błyskotliwie płynie na tenorze i dostarcza nam duże porcje przyjemności. Agusti i Ramon też dają wiele tej ekspozycji. Jakby bukiet Marianne naprawdę rozkwitał! Brawo! Muzycy drapią się po plecach, drenują ciszę, wstrzymują oddech. Nawet muchy stają w locie, by nie zakłócać tej chwili, nie zagłuszać szemrzącej improwizacji. Wyjście ze strefy ciszy następuje dopiero po 15 minucie. Żmudny proces powrotu do świata żywych, upływa przy kawalkadzie dźwiękowych fajerwerków. Wreszcie czas na konwulsyjny finał koncertu! To dzieje się w naszych uszach! I na oczach gości, wtedy w Salamance, ubiegłej zimy!




Duot Live At JSB 19/01/2017

Na osi czasu – niespodziewanie - cofamy się dokładnie o jeden dzień! Ciągle jesteśmy w Hiszpanii. Tym razem klub JSB, miejscowość Huesca, w pobliżu Saragossy. Na scenie jedynie dwójka muzyków z tria, które przed momentem podziwialiśmy. Jeśli to ta dwójka, to niechybnie przed nami koncert duetu… Duot! Working band Alberta Cirery i Ramona Pratsa, który w tym roku obchodził 10-lecie swojego istnienia. Wydawnictwo cd-r, rozpowszechniane przez samych muzyków w limitowanej ilości egzemplarzy, zwie się Live At JSB 19/01/2017. Zawiera trzy fragmenty, łącznie ponad 72 minuty muzyki.

Uno. Rezonująca rozgrzewka, grzane wino pulsuje w imbryku. Banda koniokradów na rozświetlanej błyskiem piorunów, kastylijskiej prerii. Sopranowe pętle na tle dynamicznego, synkopowanego drummingu. 8 minuta, to pierwszy przystanek na empatyczną sonorystykę. Dekada grania, dekada narastającej synergii w dwóch muzycznych ciałach, nie pozostaje bez wpływu na jakość tej improwizacji. Nawet nie muszą myśleć o tym samym, ani patrzeć na siebie. Ważne, by patrzyli w tę samą stronę! 11 minuta – doskonały flow sopranu. Jeśli Liquid Trio nie stroni od incydentalnych, kameralistycznych wycieczek, to Duot jest prawdziwie pure jazzowy! Solo Ramona ubarwia nam okolice 15 minuty koncertu. Od przaśnej dynamiki do mikrobiologii glazury talerza. Powrót Alberta odrobinę nostalgiczny, pełen refleksji, nieśpieszny. Preparowany tenor tyczy szlak, który pęcznieje, jak grzyby po deszczu. Ramon brnie w to na całego! Pod koniec tej części, jakby inny rodzaj narracji. Tenor burczy, gra wielka orkiestra talerzy, dudnią tomy i werble. Melodia pojawia się niespodziewanie i wiedzie muzyków w krwisty, niemal rockowy galop, który wieńczy ekspozycję niezwykle błyskotliwie.

Dos. Także i w tym odcinku gra wstępna nie jest nadmiernie rozbudowana. Zwinne, szybkie przejście w tłustą, gęstą, niemal cielesną improwizację. Saksofon ciągle nieco schowany na ścianą perkusyjnych eskalacji (może to kwestia rozstawienia mikrofonów pod rejestrację fonii). Duot, to working band, rodzaj poligonu doświadczalnego dla improwizujących muzyków. Obszar, w którym testuje się nowe rozwiązania, sprawdza, jak smakują i czy dobrze działają w różnych okolicznościach. Ten moment koncertu, jakby nam przypominał w tym fakcie. Z drugiej strony Duot lubi smak artystycznego niechlujstwa, punkowego brudu, tudzież dużego luzu w procesie scenicznym. Albert i Ramon doskonale czują się w takim środowisku. 15 minuta – kolejna, free jazzowa galopada, godna wielu amerykańskich wzorców. Zaraz potem zwinnie zejście o stopień ciszej! 22 minuta – tuż po ekspozycjach sonorystycznych, muzycy kleją się do ciszy, tworząc jeden z piękniejszych fragmentów koncertu. Powrót sopranu, a może to rodzaj melodiki? Sporo dźwiękowych permutacji Cirery w jednostce czasu. Ponowne wejście w dynamikę odbywa się przy użyciu brudnej frazy tenoru na tle szytego rockiem pasażu perkusyjnego. Aż chce się zatańczyć! Ekscytujący finał!

Tres. Kobiece przekomarzania w języku Cervantesa umilają nam wejście w drobny encore! Sonorystyczny tenor, szklana perkusja (a może to jednak bar…). Gwar rozmów, niczym field recordings, komentuje wysiłki muzyków, którzy chcą zwrócić na siebie uwagę. Po chwili udaje się jednak opanować bar i na powrót sprawić, by skupienie stało się udziałem także publiczności. Ostatnie słowa należą do Ramona. Saksofon Alberta tli się mikrodronami w oddali.





Albert Cirera Lisboa’s Work ***)

Po ekspozycji trzyosobowej, po duecie, czas najwyższy na incydent solowy. W roli głównej, rzecz jasna, Albert Cirera i jego saksofony. Muzyk zwykł określać swoje jednoosobowe spektakle mianem Cirerot, stąd epitet ten pojawił się w tytule dzisiejszej opowieści. Tegoroczna, czerwcowa, studyjna rejestracja, poczyniona zgodnie z tytułem w Lizbonie, przynosi nam jedenaście fragmentów, wydanych przez Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series jako Lisboa’s Work. Potrwa 42 minuty z sekundami.

Pierwszy odcinek rozpoczyna się rodzajem drum’n’bass na dyszach saksofonu tenorowego. A może rzecz dzieje się już wewnątrz tuby? Trochę jak liczenie żeber wychudzonym zwłokom wysokiego mężczyzny. Akustyczna … elektroakustyka, fizyka improwizacji, chemia preparacji. Drugi jest ciągiem dalszym introdukcji, w konwencji jednak bardziej minimalistycznej. Wszystko dzieje się tu w bardzo wąskiej przestrzeni, między ustami a ustnikiem, wewnątrz tuby, która jest permanentnie otwierana i zamykana. Trzeci stanowi próbę akustycznego poszukiwania dźwięku, wąskiego pasma zanikającej melodii. Muzyk stoi na graniczy ciszy, trochę się z nią droczy. Jej drobiny osiadają na ustniku, wypełniają szczeliny stroika. Jakby jednooddechowe, ekstatyczne solo grane wewnątrz kostki Rubika. Czwarty, zwany Outta, to jakby rewers poprzedniego Into. Dźwięki, gołe molekuły akustyki. Wchodzimy w obszar wielkiego płaszcza rezonancji. Tłumiony meta krzyk instrumentu, który cierpi, ale nie boi się tego, co czyni z nim muzyk w trakcie swoich wulgarnych preparacji. Piąty samym tytułem (Młoda Kuchnia) daje chwilę wolnego naszej wyobraźni. Tekturowa tuba w metalowej tubie? O tak, z pewnością! Drży, skrzeczy, gotuje się w wysokiej temperaturze, eskalując lokalnie hałas. Szósty, to powrót do konwencji perkusjonalnej. Dynamika palców u rąk, elastyczność dysz, cierpliwość tuby. Rodzaj diabelnie wnikliwej, minimalistycznej repetycji. Precyzja, artystyczna inteligencja, bezczelna dociekliwość najdłuższego fragmentu Roboty w Lizbonie. Siódmy, niczym literacka Siłaczka. Multiplikacja szumów, meta dźwięków, osiadanie tłustej melodyki na spoconych wargach saksofonisty. Szczypta autoagresji, wewnętrznej pyskówki. Duch głębokiej przestrzeni, tuż za dźwiękiem (genialna produkcja i takiż mastering!). Trochę dronowych ekspozycji, cichych, nawet z nutką nostalgii. Ósmy wzmacnia efekt pogłosu na wybrzmieniu. Tenorowe mikroballady, niestworzone, smutne opowieści znad Tejo. Odrobina czystych, niepreparowanych oddechów tuby podkreśla wagę tych skojarzeń. Dziewiąty przypomina o prawach fizyki. Saksofonowa wieża ciśnień. Breath in! Breath out! Miniatura, która wybrzmiewa po kilkudziesięciu sekundach. Dziesiąty przynosi dźwięki tańczącego sopranu na rozgrzanym dachu. Pętle, eskalacje, ucieczka w bardzo wysoki rejestr, aż za granicę percepcji naszego słuchu. Jedenasty, pieśń finałowa. Bez melodii, tylko drżenie, choć bez bojaźni. Szum, podmuchy gorącego powietrza, prawdziwa hydraulika dźwięku, argonautyka przedmiotu, zdolnego produkować fonię. Przy okazji, pokaz zwinności oddechowej muzyki, nieskończonej elastyczności jego instrumentu. Finałowy flow zrywa liście ze wszystkich drzew w okolicy, mimo, iż to dopiero początek lata w Lizbonie.


Poprzednie płyty Liquid Trio i Duot omówione zostały w tej właśnie opowieści.


*) kataloński: Barcelona kontratakuje, epizod pierwszy
**) Po szczegóły tej przewrotnej inspiracji odsyłam do okładki płyty
***) Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane są jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


piątek, 15 grudnia 2017

Shelton! Tarwid! Jacobson! Berre! – Strachy na Lachy! Tylko Nadzieje!


Szczęśliwie muzyka improwizowana nie ma narodowości, nie zna granic, ani nie toleruje wulgarnie kolorowych flag, tudzież innych przejawów nadtożsamości lokalnej. Jest wolna, jak jasna cholera, a wszystkim jej partycypantom wyjątkowo dobrze z tym faktem!

Dziś płyta, która jest efektem duńskiego spotkania muzyków polskich, muzyka amerykańskiego i norweskiego, pod intrygującym tytułem Hopes and Fears. Poniżej w kilku żołnierskich, ponadnarodowych słowach, Trybuna postara się udowodnić tezę, iż bezwzględnie warto sięgnąć po to nagranie i niejednokrotnie zanurzyć się w nim po sam koniec nosa.




Ad rem zatem – jesteśmy w Monastic Studios w Kopenhadze, jest 25 stycznia br. Przypięci do swoich instrumentów, następujący mężczyźni: Aram Shelton - saksofon altowy, Grzegorz Tarwid - fortepian, Tomo Jacobson - kontrabas i Hakon Berre - perkusja. Muzycy będą improwizować przez niespełna 39 minut, a efekty ich pracy zostaną nam przedstawione w trzech częściach z tytułami. Wydawcą jest Multikulti Project (seria Improvised Music), zaś tytułem wykonawczym same nazwiska muzyków, wydrukowane na okładce w kolejności, w jakiej przed momentem ich przedstawiłem.

Hopes and Fears. Kontrabas drży i pomrukuje, saksofon i perkusja plamią przestrzeń drobnymi dźwiękami, piano zaś droczy się z pozostałymi uczestnikami zabawy bystrymi akordami. Pozorny zdaje się być spokój pianisty, który operuje bardzo oszczędnie, ale ewidentnie prowokuje kolegów do działania. Wolna improwizacja wyrastająca z jazzu na kilometr! Uwolniona od lukrowanego swingu i natarczywych synkop. Rwana, krótkodcinkowa narracja. Zwinne, demokratycznie kolektywne mikroeskalacje. Od lewej do prawej – piano, sekcja i saksofon. Już w 6 minucie piękny krok w chmury! Precyzyjny Tarwid, narowisty Shelton! Tuż potem, szybkie, udane wybrzmienie. Kwartet kompetentnych i elokwentnych muzyków w stanie permanentnej wymiany poglądów, dźwiękowych przekomarzań. Alt zaś, w częstej dla siebie roli, napędzającego improwizację (świetny moment w 15 minucie).

Daydreams and Terrors. Skromna, ale precyzyjna preparacja wewnątrz fortepianu (recenzent w pełnym uśmiechu!). Tłumione emocje z czterech równoprawnych ośrodków decyzyjnych. Drobne, molekularne incydenty, drobinki sonorystyki. Pójście na wymianę ciosów z materią dźwięków, to doskonały, na tę chwilę, pomysł dramaturgiczny. Alt płynie silnie zabrudzonym soundem, piano skacze do chmur, a sekcja kotłuje się ze sobą i pętli, nie żałując pary! Dobra komunikacja podkreśla jakość tej improwizacji. Na finał znów udane wytłumienie, błyskotliwe zejście w ciszę.




Ambitions and Doubts. Dominacja twardych dźwięków nad próbami ekspozycji sonorystycznych. Skoczna, nawet taneczna, bardzo jazzowa narracja. Świetny, głęboki tembr kontrabasu, przyklejona do niego perkusja o kocich ruchach, soliści na flankach w żywiole eskalacji (szczególnie, doskonały alt!). W 4 minucie ciekawa ekspozycja kontrabasu, który wychodzi przed szereg i ma kilka niebanalnych pomysłów do zrealizowania. Ale reszta też nie stroni od dźwięków. Największy instrument kwartetu zdaje się rządzić tą częścią improwizacji. Ponownie świetna komunikacja na flankach – jakże udane próby imitacji piana i saksofonu. Piano like drums! Sax like zoombie! 10 minuta – kolektywny flow, trochę przypominający melodykę najlepszych kwartetów Williama Parkera sprzed nastu lat. Eskalacja na finał na wagę dodatkowej gwiazdki w recenzji! Shelton! What a game! Expose Tarwida - błyskotliwe! Duży konkret! 39 minuta i koniec, który brzmi, jak wyrok dla słuchacza. Ciąg dalszy bezwzględnie oczekiwany!



niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundog! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundog  Sundog (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samulel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundog brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.