środa, 29 listopada 2017

Vasco Trilla! – The Thriller Realy Comes to Town!


Katalońskie trio Phicus już w powietrzu! W szybkim locie do Polski! Przed nami trzy koncerty, o szczegółach których informowaliśmy już na tych łamach, a które przypomnimy także na zakończenie dzisiejszej opowieści.

Phicus, czyli Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Ich debiutancka płyta zwie się Plom i została omówiona w … poprzedniej opowieści Trybuny.

Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym muzykiem formacji jest ten ostatni, czyli Vasco Trilla. Jego dotychczasowe dokonania artystyczne zostały na tych łamach odmienione przez wszystkie przypadki. Dziś pochylimy się nad najnowszymi płytami z udziałem tego niezwykle kreatywnego muzyka improwizującego. Trio i kwintet, a tuż po nich short lista innych płyt, datowanych na rok 2017. Także zapowiedź jeszcze dwóch kolejnych, których premiery będą miały miejsce właśnie w trakcie najbliższego pobytu Vasco w naszym pięknym kraju.




Chain

Na początek przypadek skromnej reakcji łańcuchowej. Piorunujące, reaktywne i drastycznie mobilne trio w składzie: Yedo Gibson na saksofonie barytonowym i sopranowym, Hernani Faustino na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji i perkusjonaliach. Muzycy przyjęli nazwę własną Chain i nagrali (ubiegłego lata w Lizbonie) album o takimż właśnie tytule, umieszczając dodatkowo na okładce płyty osobiste imiona i nazwiska. Krążek dostarczył NoBusiness Records, a pomieszczono na nim sześć odcinków z tytułami, o łącznym czasie godziny zegarowej i dwóch minut.

One. Start jest dynamiczny, z prawdziwie free jazzowym przytupem. Agresywny walking kontrabasu (Faustino tak lubi, tradycyjnie rwie parkiet tembrem swojego dużego strunowca), konwulsyjny drumming Trilli i sopran Gibsona, który płynie wysoko i szerokim strumieniem. Intrygujące pyskówki, wymiana zdań nie tylko podrzędnie złożonych. Zaskakujące efekty foniczne osiąga saksofonista, jakby grał jednocześnie na obu swoich tubach. Zejście w dół i wyhamowanie narracji – jakże smakowita improwizacja prowadzona krokiem tanecznym!

Two. Burczący kontrabas, dygoczące klapy na dyszach, kłute i ciągnione membrany - prawdziwie sonorystyczna sceneria. Gibson wciąż na sopranie, maluje delikatną melodię z eksplozywnymi zadziorami na krawędzi ustnika. Improwizacja szyta gęstym ściegiem, trochę up and down z adekwatną dawką emocji. Precyzyjna wymiana myśli i spostrzeżeń akustycznych. Ciężki kontrabas pod smykiem. Saksofon tańczy, perkusja rezonuje. Artystyczna demokracja w rozkwicie, z delikatną - incydentalnie - hegemonią niskich częstotliwości. Na finał galop sopranu oczywistej urody.

Three. Cisza, rezonujące parsknięcia powietrza. Pojedyncze akordy kontrabasu porządkują przestrzeń. Baryton snuje niewesołą opowieść, podczas gdy pozostałe instrumenty ledwie znaczą swoją obecność, wzdychając pasywnie. Ich smutek smakuje żywym bluesem w trakcie nieudanego poranka. Baryton czuje się jednak w tych okolicznościach, jak ryba w wodzie i sukcesywnie idzie po swoje. Rytm ekspozycji ciekawie się pętli, zawiesza w ambientowej nicości.

Four. Solowy taniec sopranu, z elementami sonore. Wejście pozostałych instrumentów zwiastuje burzę z piorunami. Dynamika, energia, polot i krew! Trochę w klimatach Steve’a Lacy, ale tych z pierwszej połowy lat 70. Spory galop, free jazz na ustach, pot na sztandarach! Po 5 minucie stopowanie – jak zwykle urocze zejście w sonorystyczne zabawy i chwytanie ciszy pełnymi garściami. Zdaje się, że to cecha charakterystyczna tej wyśmienitej płyty. Długie, konsekwentne wybrzmiewanie, które nie wieńczy jednak czwartego epizodu. Muzycy żmudnie budują nową improwizację w ramach najdłuższego odcinka na płycie. Sucha akustyka trzech wylęknionych kojotów, jak opowieści z krypty. Wejście na wyższy poziom intrygująco wyrafinowane i artystycznie precyzyjne (chyba szczyt emocji tego dysku). A w tubie Gibsona dzieją się rzeczy niesamowite!

Five. Gardło tejże samej tuby, a może tego samego muzyka, wydaje dźwięki! To baryton, czy sopran? – pyta zdezorientowany recenzent. Pasaż kontrabasu znów smutny, ale świecidełka Vasco ratują nastrój (wibratory?). Wszystkie instrumenty porzucają swoje typowe szaty akustyczne i dobywają dźwięki wbrew naszym przyzwyczajeniom. To jednak sopran! – konstatuje dzielny recenzent. Trudno tę opowieść nazwać balladą, ale tempo improwizacji jest doprawdy wyjątkowo dostojne. Choć emocje kipią, zwłaszcza, gdy smyk Faustino poci się na słodko.

Six. Skromne macanki na boku. Kontrabas, minimalnym nakładem sił, wyznacza rytm finałowej opowieści. Baryton buduje melodię i jest zdeterminowany, by przy niej pozostać. Ale i tak popada w sonorystyczny rechot. Gęsta, dość dynamiczna, nieco spekulatywna opowieść. Yedo stawia stemple perfekcji, budując kolejną ekspozycję. Zdaje się, że baryton to jego prawdziwie tajemna broń! Po 5 minucie niezwykle zwinnie powraca do sopranu, a kajet recenzenta aż pęka w szwach od górnolotnych epitetów. Vasco i Hernani mogą już tylko popaść w akompaniament i z rozwartymi ustami wydać tchnienie zachwytu!




Nepenthes Hibrida

Przed nami niezwykła hybryda! Pięciogłowy stwór swobodnej improwizacji, na który składają się: Ernesto Rodrigues – altówka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i frula (flet bałkański), Miguel Mira - wiolonczela, Luis Lopes – gitara elektryczna, Vasco Trilla ‎– perkusjonalia. Spotkanie muzyczne zrealizowane u progu ubiegłorocznych świąt grudniowych, w Lizbonie (O'culto da Ajuda), na koncercie. Cztery utwory potrwają 46 minut, płyta z dokumentacją fonograficzną zwie się Nepenthes Hibrida, a ukazała się dzięki Creative Sources. Podmiotem muzycznym są personalia całej piątki, wymienione w kolejności, w jakiej prezentowałem muzyków kilka wierszy wyżej.

I. Tłusty ścieg perkusyjny jako tło, kontrastujące pasaże trzech strunowców (w tym jednego pod prądem), jako danie zasadnicze. Saksofon sopranowy zaplątany w wewnętrzną improwizację, niczym Trevor Watts u boku Johna Stevensa, jakieś 45 lat temu. Ze strony każdego z muzyków aż iskrzy pomysłami. Ciekawe mikrodysonanse elektroakustyczne ze strony Lopesa. W 5 minucie zwinna ekspozycja Miry, na tle pląsów altówki, wiedzie orszak improwizacji samym środkiem galaktyki. Strings Rules! Zejście w ciszę ambientu i sonorystyki mistrzowskie! Powrót z błyskotliwą repetycją sopranu (rodzaj pętli). Kolektywna, konwulsyjna droga na szczyt, który muzycy osiągają w 10 minucie.

II. Oddech ciszy. Pojedyncze dźwięki, szepty, chroboty, tarcia i mikroiskrzenia. Step by step muzycy wchodzą w interakcje i serwują większe partie dźwięków. Ale nadal posuwają się do przodu… stojąc na palcach (8 min). By nie spłoszyć ciszy, by na powrót się w niej zanurzyć. Epizody po 11 minucie znów przypominają recenzentowi niezwykłe czasy Spontaneous Music Ensemble, tym razem tego strunowego, po roku 1975. Eskalacja, która następuje tuż potem, smakuje perfekcją i niebywałą wrażliwością. Spora aktywność Trilli i Gibsona stale dynamizuje poczynania kwintetu i nie pozwala strunowcom (zwłaszcza akustycznym) na kameralistyczne grepsy.

III. Rezonans na gryfie Lopesa! Trzaski na tomach Trilli! Suchy oddech Gibsona! Zwinne palcówki Miry i Rodriguesa! Spokojna, ale gęsta narracja, definitywnie niehałaśliwa. Akustyczne strunowce przejmują dowodzenie! Odrobina pojękiwania w estetyce call & response. Piękny finał!

IV. Vasco popada z rezonans. Miguel i Ernesto wchodzą mu w pół zdania i pyskują. Yedo snuje separatywną opowieść w molowej nietonacji. Altówka ciągnie w raz z nim ten nostalgiczny pasaż. Niespodziewana zmiana narracji – strunowce idą w galop (ale bez Lopesa), prawdziwy taniec na gryfach! Struny aż iskrzą! Trochę molekularnych interakcji, dużo dźwięków w jednostce czasu. Strings rules again! W tle frula Yedo (a może to sopran?). Eskalacja zdaje się tu być najlepszym rozwiązaniem – pnie się ku górze, krwawiąc obficie nieoczywistą doskonałością. Muzycy spleceni w jedno ciało, stawiają stempel za stemplem. Znów szczypta molekularności w estetyce SME. Trilla podłącza jazzowy drumming! Jakże świetny komentarz! Mira idzie z nim w to wulgarne tango! Gibson dorzuca do ognia niebanalne trzy grosze. Konkretnie free jazzowy galop! Whaw! Konwulsyjny finał doskonałej płyty! Puenta ze strony Vasco i Yedo (okaryna?) wyśmienita!


****

W uzupełnieniu tegorocznej dyskografii perkusisty z Barcelony, warto podkreślić, iż wyżej omówiona płyta nie jest jedyną, jaką nagrał on dla Creative Sources, w towarzystwie Ernesto Rodriguesa. Tą drugą jest krążek Blattwerk, a muzykami ją współtworzącymi: Harald Kimmig (skrzypce), Guilherme Rodrigues i Miguel Mira – wiolonczele. Prawdziwy String Quartet w perkusjonaliami w roli piątego strunowca.

Dla nikogo z odwiedzających te łamy nie jest tajemnicą, iż obok Plom Phicusa, Trilla wydał także w naszym kraju intrygujący kwartet Völga (wraz z Fernando Carrasco, Ivánem Gonzálezem i Àlexem Reviriego). Wydane przez Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, do przypomnienia tutaj.

O płycie poczynionej z Szilardem Mezei i Mariną Dżukljev Still Now (If We Still), wydanej przez FMR Records, pisaliśmy w tej opowieści.

Wreszcie czas na wspomniane wcześniej, tegotygodniowe nowości! Na koncercie piątkowym tria Phicus (Mózg Powszechny, Warszawa, 1.12) swoją światową premierę będzie miała płyta Catapulta De Pols D’estrelles, nagrana przez Trillę z Mikołajem Trzaską (Fundacja Słuchaj!).

Na koncercie niedzielnym (Poznań, Dom Tramwajarza, 3.12) odbędzie się premiera kolejnego duetu perkusisty, tym razem z Yedo Gibsonem. Płyta zwie się Antenna, a wydawcą jest Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series.

Trasę Phicus po Polsce otwiera koncert w łódzkim klubie Format (30.11). ZAPRASZAMY!

****

Relacja z pierwszego oficjalnego koncertu Phicus, jaki miał miejsce w Barcelonie, w marcu br., a także koncertu promującego płytę Völga dostępna jest pod tym adresem.

Dla odświeżenia naszych zasobów informacyjnych, drobny skrót do tekstu opisującego niektóre dokonania artystyczne Ferrana Fagesa. To tutaj.

Tu i  tu zapoznacie się z innymi opowieściami, które za podmiot główny obrały sobie również Vasco Trillę, a które nie zostały przywołane już wcześniej.


czwartek, 23 listopada 2017

Phicus! - Plom, czyli chemia roślinności!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 4 listopada 2016r., Saudades Studio, Canovelles (prowincja Barcelona).

Ludzie i przedmioty: Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas i Vasco Trilla – perkusja.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana, pod którą podpisują się jej twórcy, czyli muzycy tworzący trio (all music by Phicus).

Efekt finalny: siedem improwizacji, opatrzonych tytułami (łącznie niespełna 44 minuty), wydane pod szyldem Phicus, a zatytułowane Plom (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, 2017).




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Clor 1. Rock zatrzymał się w miejscu i pyta o drogę. Jego gitara, w znoju nieoczywistych decyzji stylistycznych i kolokwialnych rozwiązań dramaturgicznych, stoi na rozdrożu, niczym bohaterowie Down by Law Jima Jarmuscha. Kontrabas i perkusja brną z mniejszym pokładem wątpliwości i od startu poszerzają granice możliwości tej opowieści. To rozmowa, w której ilość pytań nie sumuje się z ilością odpowiedzi. Gitara elektryczna, która brzmi jak akustyczna, kontrabas, który kręci się wokół własnej osi i perkusja, która jest armią talerzy w stanie permanentnego rezonansu. Dźwięki wydawane przez instrument Fagesa pachną chlorem, konstytuując tytuł utworu. To żywy blues, który pęcznieje z każdym uderzeniem Trilli w werbel.

Plom 1. Sekcja rytmiczna stawia się do pionu i gna dynamicznie na złamanie karku. Reviriego wisi na strunach, Fages eskaluje w estetyce zdrowego punk & noise. Krótka, nieoczywista narracja, która z czasem zakleszcza się do wewnątrz.

Crom 1. Stop narracyjny, ze wszystkich stron otoczony ścianą oniryzmu. Każdy napotkany przedmiot sonoryzuje, choć nie wszystkie zdają się być instrumentami w dosłownym rozumieniu tego pokrętnego terminu. Chrom czyli śmierć. Głęboki smyk maltretuje struny kontrabasu. Gitara spowita w ambientowy metal, wydobywa dźwięki jakby spoza pudła rezonansowego. Talerze w konwulsji. Narracja gęstnieje, stanowiąc połączenie klimatów wczesnego Sonic Youth i silnie upalonego Charlesa Mingusa, który zapomniał, co to swing. A może Petera Kowalda, wyzbytego wszelkich skrupułów. Pod koniec numeru, odważny krok w kierunku tablicy Mendelejewa. 9 minuta – mamy wrażenie, jakby muzycy odsłuchiwali utracony soundtrack do kolejnego sezonu Twin Peaks. Ostre zejście w dół.

Crom 2. Znów spokój, który jest niepokojem. Narracja snuje się po gryfie kontrabasu, gitara pobrzmiewa z odległości trzech galaktyk. Trilla ledwie dotyka krawędzi swych tomów. Skupienie, bo każdy krok może być tym ostatnim. Smyczek w rękach Reviriego wpada w drobną konwulsję. Instrument Fagesa skrzy suchym entuzjazmem. Wibratory perkusji ruszają do tańca. Misterium słońca, które nigdy nie wschodzi. Black doom improv! Wybrzmienie wisi na smyku, oświetlanym feerią świecidełek z magicznej walizki Vasco. Ferran pojękuje dźwiękami nieartykułowanymi. Te dwa depresyjne Chromy, to prawie pół płyty, a będzie jeszcze trzeci!




Plom 2. Powrót na tron punkowej estetyki. Nowojorski no wave chciałby mieć w swoim portfolio takiego gitarzystę jak Fages! I z takim backgroundem niskich częstotliwości. Gitara iskrzy się do wewnątrz i wyprowadza ten numer na estetyczne manowce, czemu towarzyszy urocze wybrzmiewanie kontrabasu.

Clor 2. … Chlor ponownie roznosi swój odór. Narracja, niczym odrobinę spokojniejsza repryza pierwszego fragmentu na płycie. Smyk skowycze i tańczy na gryfie krokiem wspak. Dzwonki, mini wibratory i tłuste plamy krwi ogorzałej gitary. Kontrabas gra sonaty Bacha, które bezpowrotnie utraciły dziewictwo, a chcą jeszcze więcej! Kobiece uda instrumentu pełne są słodkiego potu, a gitarowe wiosło od dłuższej chwili pozostaje w stanie silnej erekcji.

Crom 3. Permanentny rezonans wywołuje z lasu trzeci i ostatni już Chrom. Kontrabas jęczy i plącze się w zeznaniach. Reakcja gitary pełna jest chłodu i apatii. Każdy instrument gra tu nietypowe dla siebie sekwencje dźwięków. Kto wejdzie w ten tygiel po raz pierwszy, nie rozpozna źródeł dźwięku, ani nazw przedmiotów je wydających. Finałowa narracja wręcz stoi w miejscu, ale jej uroda wygrywa wszystkie konkursy piękności. Wybrzmienie, jak krople chromowanego deszczu o poranku. 


****



Phicus zagra w Polsce trzy koncerty:

30 listopada w Łodzi (Klub Format) - z gościnnym udziałem Pawła Sokołowskiego (saksofony).
1 grudnia w Warszawie, w ramach 13ego Mózg Festiwalu (Mózg Powszechny).
3 grudnia w Poznaniu (Dom Tramwajarza) - cztery sety, w tym dwa solowe,
a także duet Vasco Trilli z Pawłem Doskoczem (gitara elektryczna).

Zapraszamy!

wtorek, 21 listopada 2017

Strętwa! Bachorze! Sumpf! – niesamowite stwory wprost z akwarium Pawła Doskocza!


Dziś porzucimy wszelkie ograniczenia gatunkowe, stylistyczne, a poniekąd także estetyczne. Przed nami trzy niebywałe stwory elektroakustycznej improwizacji wprost z matczynego Trybunie Poznania!

Trzy tria, które tworzy… pięciu muzyków. Nie tylko jednak w wymiarze czysto matematycznym będziemy zaskakiwani w trakcie tej opowieści. Dodatkowo, wszystko odsłuchamy z przaśnych kaset magnetofonowych.

Głównym zaś bohaterem będzie gitarzysta Paweł Doskocz. On to bowiem łączy personalnie wszystkie trzy formacje przywołane w tytule.




Strętwa!

Ryba żyjąca w mulistych dnach rzek Ameryki Południowej. Egzystuje samotnie w wodach o niskiej zawartości tlenu. Długie, walcowate ciało. Komunikuje się i poluje za pomocą impulsów elektrycznych.

Tyle definicja zjawiska przyrodniczego. Teraz poznajmy aktorów podwodnej podróży: Paweł Doskocz - gitara elektryczna i przedmioty,  Patryk Daszkiewicz – taśmy i efekty oraz Maciej Maciągowski – syntezator. Kasetę Strętwa dostarcza inicjatywa Plaża Zachodnia (2017). Cztery odcinki muzyczne, 31 minut muzyki.

Jeden. Głębokie środowisko elektroakustyczne, zapach smyka chlastającego struny gitary z prądem. Modularna, analogowa elektronika i mnóstwo dźwiękowych incydentów wokół niej. Płynna, trochę chodzona narracja z lekkim przesterem brzmieniowym (from time to time uczucie zatracenia źródła dźwięku w aspekcie poznawczym). Elektronika nieco góruje nad akustyką, choć gitara potrafi skutecznie plamić czasoprzestrzeń improwizacji.

Dwa. Walcowate stwory wprost z kabla. Rodzaj elektro pozbawionego struktury rytmicznej. Jesteśmy u progu noise’owej eskalacji. A może już ten próg przekroczyliśmy. Może to już nie tyle początek eskalacji, co stan jej permanentnego trwania. Industrialna maszyna w fazie godowej erekcji. Biały szum spowija finał utworu.

Trzy. Maciągowski, wczepiony w rój kabli, ponownie atakuje lewą flanką. Gitara Doskocza sprzęga się ambientowo. Lepi różnokolorowe drony. Intensywność improwizacji spada o 50%, a w takim samym stopniu rośnie jakość samej ekspozycji. Garść onirycznych, tłocząco-skwierczących meta dźwięków. Znów akustyka w defensywie, ale jedyny żywy instrument w tym gronie pięknie rezonuje na strunach.

Cztery. Loopy z gitary, czy z kabla, a może z taśmy? Ciekawość recenzenta nie zna granic, ale odpowiedź nie wydaje się w tym momencie szczególnie istotna. Szum, który krwawi, dzierganie na kablach, które poszukują utraconego dźwięku. Pulsacja, która uspokaja. Repetycje i pętle ciągną improwizację w kierunku ciszy, uaktywniając ośrodki przyjemności po stronie słuchacza. Rodzaj elektroakustycznego dubu! Gitara w konwulsji, cichej, jak szmer wiatru za oknem. Syntezator, który odrobinę hałasuje i być nie dostrzega drobin meta transu po stronie gitarzysty. Nie zmienia to faktu, iż finał półgodzinnej przygody ze Strętwą stawia cenzurkę całości o poziom wyżej. Dub loop wprost z gitary! Pozostali muzycy robią wiele, byśmy także ich wyczyny mieli wykute w skale, ale i tak wiadomo, co stanowi szczególną wartość Strętwy.




Bachorze!

Daszkiewicz ma wolne okienko na indywidualne przyjemności, a my do duetu Doskocz/ Maciągowski (instrumentarium bez zmian) dodajemy saksofon barytonowy i jego właściciela Michała Biela. Sześć odcinków z tytułami (patrz: niżej) pomieszczonych na kasecie Okoły gnębione wiatrem, wydanej przez inicjatywę edytorską Pawlacz Perski (2016). Nagrane w poznańskim Dragonie, zapewne bez udziału publiczności, dwa lata wcześniej. Podmiot wykonawczy zwie się Bachorze.

Pokora. Gitara startuje za progiem (na gryfie), zdaje się mieć metaliczny krwioobieg. Turbomaszyna tkacka zwana syntezatorem modularnym. Baryton plami przestrzeń i snuje separatywną opowieść. Maciągowski buduje elektroniczny dron, który delikatnie dominuje na scenie (6 min). Biel zgłasza zdanie odrębne i próbuje przebić się do świata żywych. Gitara ginie w potoku narracyjnym, ale słyszymy, że oddycha.

Wydmuchane plewy. More noise! Batalia gitary i syntezatora. Baryton wchodzi na trzeciego w niezwykle dynamiczne przekomarzania, które u kresu swej drogi mogą napotkać już tylko ścianę dźwięku. Bo jeśli nie słyszysz partnera w zespole, to znaczy, że grasz za głośno…*).  Saksofonista ma dość pary w płucach, by postawić na swoje. Gitarzysta – w ramach komentarza - błyskotliwie eskaluje swoje poczynania na lewej flance i udanie puentuje ten fragment historii Bachorza.

Sam w słońcu. Gęsty elektroakustyczny sos. Wydanie dark-ambient. Muzycy zeszli o stopień w dół, o tempo wolniej, z bardziej selektywnym dźwiękiem – jakże dobrze robi to całej improwizacji. To jakby dwa kroki do przodu, ku górze.

Głowacze na krokwiach. Gitara snuje balladę na skromnym fuzzie, ze szczyptą uroczej samoeskalacji. Syntezator wbija dronowe gwoździe w podłogę, saksofon plami dywan, sugerując skromną melodię. Narracja okresowo gęstnieje, ale pozostaje selektywna w wymiarze dźwiękowym. Udane repetycje barytonu i mikrobatalie na flankach, z odrobiną uzasadnionej dramaturgicznie imitacji.

Prosto na klepiska. Każda kolejna minuta tej płyty rozrzedza narrację, zakleszcza między nutkami kolejne porcje onirycznych klimatów. Ciągoty tu transowym ekspozycjom też wnoszą posmak, który łechta podniebienie recenzenta. Intrygująca introdukcja z samoistnym rytmem (trudno wskazać prowodyra; analiza przypadku wskazuje, iż to nie baryton zaplątany w stertę kabli, ale syntezator odpowiada za wydarzenie). Gitarzysta metalicznie szoruje po strunach, tańczy na pogłosie w ambientowych konwulsjach. The show goes high! More high! W 4 minucie lekko przegrzany syntezator fantastycznie przepoczwarza się w modularny kwas, by za moment wybrzmieć dzwonami nieznanego kościoła. Co za pętla?! Brawo! Gitara szuka noise’owego punktu odniesienia, jest krwawa, tajemnicza, piekielnie głęboka. Saksofon tupie nogami i zwiastuje huragan. Każda upływająca chwila służy tej improwizacji!

Boże Ciało. O stopień dynamiczniej i głośniej (być może z tuby barytonu mogłyby dobiegać inne propozycje, niż dotychczas – wzdycha recenzent), to jakby krok wstecz dla tego nagrania. Szczęśliwie 4 minuta przynosi wytłumienie i pozostawia nas do końca nagrania w oparach onirycznej gitary, która tyczy szlak wyjścia dla całej opowieści, przy okazji, być może wskazując, jaki winien być kolejny krok na drodze życia tego tria. Być może, nie każda sekunda tej improwizacji wypełniona winna być dźwiękami wszystkich instrumentów, być może odrobina dodatkowej przestrzeni i incydentalnego zaniechania, byłaby tu rozwiązaniem doskonalszym. Być może.




Sumpf!

Maciągowski ma już wolne, powraca Daszkiewicz, pozostaje Doskocz, dochodzi Piotr Tkacz – turntables i obiekty. Ostatnie dziś trio, nagranie z roku 2013 (ponownie Dragon), upublicznione na dwóch stronach kasety Sfumato, wydanej przez Wounded Knife (2014). 30 minut muzyki, podpisanej przez formację Sumpf.

Pierwsza. Akordy gitary w płynnym, elektroakustycznym środowisku dźwiękowym. Skromny loop z wiolonczeli, który będzie nam towarzyszył do końca tej strony kasety. Niczym metronom, Poncjusz Piłat. Gitara zgrzyta i szura nogami na lewej flance, na kablach i pulpitach sterowniczych także gęsto. Wszyscy wzajemnie się imitują, co nie jest banalnym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę używane narzędzia. Recenzent musi zatem zapomnieć, skąd dociera dany dźwięk. Szczęśliwie nie stanowi to dla niego problemu. Marszowy rytm (metronom!). Gitara zmienia stronę i dudni już z prawej. Sporo mikrowydarzeń w jednostce czasu. Drobne ukojenie przynosi dopiero 9 minuta. Loop się… pętli, elektronika dogorywa… Gitara ratuje stygnącą narrację ciekawą ekspozycją strunową w klimatach wczesnego Sonic Youth. Nerw upalonej wiolonczeli wciąż czuwa w ukryciu. Natarczywe dźwięki z lewej flanki, w konsekwencji iskrzenia na kablach. Nadmiar pomysłów nieco dławi ten fragment płyty.

Druga. Muzycy zaciągają ręczny. To świetny pomysł! Gitarowe fantasmagorie udanie konweniują z elektroniką. Bez loopu wiolonczeli, z migoczącymi w oddali propozycjami zastąpienia go czymś bardziej wyszukanym. Dźwięki są szorstkie, tajemnicze i ciekawie kłębią się w zwojach nowej improwizacji. Gitara snuje zwinne zawijasy, ma czas, nigdzie się nie śpieszy. Narracja gęstnieje, ale nie eskaluje się. Jakby docierała zza szyby akustycznej, dzięki czemu możemy ją zgłębiać bez szwanku dla naszych receptorów słuchu. 10 minuta wyznacza moment, w którym recenzent może ogłosić stan wzmożonej aktywności muzyków. Efekty ich działań leją się jak woda, do jednego wiadra, w jeden dronowaty lej po bombie. Finał zdobi loop porywistego wiatru! Krwiste wybrzmienie!
                  
W ramach extra time – druga kaseta w dorobku Sumpf zwie się Tom II i jest z nami od wiosny tego roku (Pionierska Records). Cztery fragmenty o najdłuższych na świecie tytułach i dość krótkim czasie trwania. Mniej niż 25 minut.

Jeśli klimat drugiej strony pierwszej kasety tria przypadł nam do gustu, koniecznie sięgnijmy po tę drugą. Przynosi więcej gitarowej ornamentyki, podawanej spokojnym strumieniem, z niebanalną dawką melodii i wewnętrznego rytmu. Nie brakuje udanych dodatków field recordings (rozmowy, szmer miasta, ptasie loty, klekot mew), a e-muzyka nieśpiesznie zdobi narrację spokojnymi i w wielu momentach, intrygującymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Szczypta dubowych rozwiązań przestrzeni dźwięku też leży po stronie ewidentnych atutów tego nagrania. Finał płyty, to dawka elektronicznego kurzu w skondensowanej formie, którą zdobi mantrująca gitara. Ta ostatnia, nie dość, że zwinnie repetuje, to nie stroni także od wycieczek w kierunku melodii.


*) Autorem tej niezwykle istotnej dla historii improwizacji maksymy jest John Stevens.

piątek, 17 listopada 2017

Magda Mayas & Jim Denley! ‎– Tempe Jetz!


Bez specjalnej introdukcji, odpalamy dziś krążek, który istotnie poderwał zmysły estetyczne Pana Redaktora do lotu wznoszącego!

Magda Mayas, niemiecka multiinstrumentalista (na ogół z klawiaturą pod palcami), pod względem artystycznym jeszcze na dorobku i australijski weteran dęty - Jim Denley (niech nam ten epitet wybaczony będzie). Pierwsza, póki co, z rzadka gości w naszych odtwarzaczach (redakcja pamięta doskonalą płytę m.in. z Johnem Butcherem Plume), ten drugi, choć portofolio ma nieopasłe, świat zachwycił już niejednokrotnie (choćby dekonstruowane werbalnie na tej stronie płyty Chris Burn’ Ensemble, czy świetne duety z Maikiem Majkowskim, patrząc już bardziej współcześnie).

Ich wspólne muzykowanie miało miejsce w lutym ubiegłego roku (miejsce nieznane, ale prawdopodobnie Berlin), a dokumentacja fonograficzna trafia do nas dzięki Relative Pitch Records i płycie Tempe Jetz (premiera, sierpień 2017).

Magda zagra na klawinecie (clavinet - rodzaj amplifikowanego instrumentu klawiszowego), Jim zaś na saksofonie altowym i flecie basowym. Przygoda ma cztery odcinki z tytułami, a ich odsłuch nie zajmie nam więcej niż trzy kwadranse z sekundami.





A Departure. Instrument klawiszowy pod palcami Magdy brzmi niezwykle perkusyjnie, alt w ustach Jima zaś silnie sonorystycznie (nie wykluczone, iż w tubie saksofonu zapodziało się kilka przedmiotów, które skutecznie mutują sound instrumentu). Preparacja goni preparacje. Prawdziwe akustyczne majstersztyki! Brawo! Clavinet zdaje się mieć tysiące twarzy, wciąż czymś zaskakuje, zwłaszcza gdy jest traktowany przez muzyka dalece niestandardowo (zapewne i tu, w grę wchodzą dotykowe przedmioty użyte w trakcie procesu wydawania dźwięków).

Customs Declaration. Typowe dla dobrej improwizacji, percepcyjne zatracenie źródeł dźwięku jest już naszym udziałem (wyśmienity moment! – notuje recenzent). Narracja jest lekka, ale same dźwięki bezczelnie konkretne. Wydaje się, że Magda miała dodatkową parę rąk (cuda czyni!). Sama improwizacja ma posmak psychodelii, a wyobraźnia obu muzyków buzuje na silnym ogniu. W głowie recenzenta mnożą się dziwne obrazy, a on sam ciągle przypominać sobie musi, że na scenie jest tylko clavinet i prosty instrument dęty. Akustyka pudła rezonansowego (o ile klawiszowiec Magdy takowe posiada) w opozycji do dętych dronów. Clavinet potrafi brzmieć jak banjo lub slide guitar. Saksofon nie ma problemu z wybywaniem dźwięków charakterystycznych dla szlifierki wysokoobrotowej. Swoista elektroakustyka bez nadmiaru prądu na nieistniejących kablach. Opowieści obu muzyków snują się nieco separatywnie, nie wchodzą zbyt często w interakcje, ale wyśmienicie się uzupełniają, tak brzmieniowo, jak i dramaturgicznie. Uroczy pasaż fletu basowego na tle pojedynczych akordów clavinetu – przykład na potwierdzenie tezy z poprzedniego zdania.

In Transit. Przesypywanie piasku, dzwonki, rodzaj field recordings. Metale szlachetne, upalone dysze. Narracja gęstnieje i smakuje lepiej niż czerwone wino (a to prawie niemożliwe!). Muzyka narasta jak mantra i sieje spustoszenie w głowie recenzenta.

Arrival. Ponownie start improwizacji następuje z poziomu ciszy. Dwie, zwinne mikronarracje, z odrobiną jakże skutecznej estetycznie imitacji. Preparacje na krawędzi struny, jako kontrapunkt dla dronowych opowieści fletu basowego. Clavinet znów przypomina gitarę, flet lubi przybierać szaty perkusjonalne. Przed nami, w naszych uszach, wciąż trwa gigantyczna eksplozja pomysłów na zawładnięcie całością percepcji słuchacza. Także porcja repetycji, często tu stosowanego środka artystycznego wyrazu. Dwa obiekty trąco-szemrzące, niczym dwa wartkie strumienie wody tuż nad przeręblem. Finał jest wchodzeniem w dół, step by step, wciąż o ton ciszej, wygaszaniem iskier w ledwie tlącym się ognisku. Wyśmienite!!!!


Dla przypomnienia opowieści Trybuny z udziałem Jim Denleya here it is

środa, 15 listopada 2017

Discordian Community Ensemble! Freenetics! - La música catalana encara és gratuïta! I excellent! The catalan music is still free! And excellent!


Barcelona często gości w ostatnich tygodniach na ekranach świata, ale nie dzieje się to bynajmniej z powodu muzyki.

Na łamach wszakże Trybuny koncentrować się będziemy wyłącznie na dźwiękach. Netowy label z tegoż pięknego miasta – Discordian Records - wciąż dostarcza nam bowiem nowych wrażeń. Tejże jesieni katalog wytwórni zamknął pierwszą setkę albumów, by zaraz po chwili otworzyć drugą setkę.

Zatem przed nami 100-a i 101-a produkcja DR!




Na żywo w Monachium!

Czas i miejsce zdarzenia: Monachium, MMI Festival, dokładna data nieznana (2016?).

Ludzie i przedmioty: Sarah Claman – skrzypce, Iván González - trąbka, El Pricto - saksofon altowy i dyrygentura, Norbert Stammberger – saksofon barytonowy i sopranowy (utwory 2 i 4), Ferran Besalduch – saksofon basowy i sopranowy, Harald Rettich – gitara ośmiostrunowa (2 i 4), Avelino Saavedra – perkusja i coyote call.

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana.

Efekt finalny: siedem utworów opatrzonych tytułami. 72 minuty koncertu, który dostępny jest pod wszystko mówiącym tytułem Live aus München (DR 100). Podmiot wykonawczy zwie się Discordian Community Ensemble.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Jeden. Ferria sonorystyki z trzech dęciaków, kilku strun i rozbujanej od pierwszej chwili perkusji. Grupa Wspólnoty Diskordiańskiej w edycji wyzwolonej od szponów kompozycji, aczkolwiek improwizującej pod czujnym okiem dyrygenta Pricto! Ostro, drapieżnie, dynamicznie, ciało w ciało! Skrzypce zdają się być na czele tego stada rozjuszonych rumaków. W nieco agresywnym galopie, szorstkie w brzmieniu i obyciu. Drugi. Do gry wchodzi para niemieckich muzyków, wyposażonych w akustyczne narzędzia tortur. Drugi mocny saksofon i duża gitara. Septet niebiorący jeńców, ani kwiatów do butonierek. Znów dźwięki, jakie wydaje Sarah dodają urody całej improwizacji. Tempo jest zdecydowanie spokojniejsze. Ale do czasu… już bowiem w czwartej minucie kolejny hard attack over Europe! Po nich nagły stop i kolejne kwilenia w pod grupach (czuć ostry sznyt scenariuszy Pricto). Spora dawka rockowego wręcz zgiełku, tudzież post-sonorystycznego hałasu. A dyrygentura Pricto wciąż stawia wulgarne stemple. Także trochę rubasznej zabawy, okrzyków, wrzasków i przekomarzań. Sound and furry! Trzeci. Intro na trąbce, niczym na sygnałówce! Wzywa na rykowisko! Perkusja jako wsparcie. W reakcji wysokie saksofony i wnikliwe, ciekawe świata skrzypce. Wydeptują ślady pierwotnie wytyczone przez Gonzaleza i Pricto. Czwarty. Powraca septet! Emocje, kontrapunkty, zadziory, krew na placach i wargach, personalne zaczepki. To najdłuższa historia na tej płycie. Improwizacja w stylu search & reflect z dużym ładunkiem dźwięków i wielką walizą pomysłów. Ale bez subtelności i mrużenia oka. Doskonałe wtręty skrzypiec. Macanki i całowanki dęte. Gitara idzie wzdłuż noise’ rockowej bandy, ale reszta załogi nie daje jej dojść do głosu. Rodzaj ekspozycji na temat, który jest ledwie sugerowany, albowiem muzycy rozdeptują go z zapałem godnym lepszej sprawy. Błyskotliwe solo na alcie w charakterze komentarza. W międzyczasie skrzypaczka doznaje od dawna zapowiadanego orgazmu. Reszta, nie dość, że patrzy, to jeszcze zazdrośnie kluczy ku własnym rozwiązaniom. W 14 minucie eskalacja na siedem fajerwerków! Recenzent ma wytrysk, aż pióro odmawia notowania wrażeń! Na finał pokaźna dawka hałasu! Piąty. Saksofonowa sonorystyka przy wsparciu wzdychającej trąbki. Ptasia uwertura. Małe szaleństwo na dyszach i w tubach. Kolejna dynamiczna wymiana poglądów, raz z lewej, raz z prawej strony. Crazy drumming and dirty violin! Plus trzy zagotowane dęciaki! Szósty. Rodzaj call & response. Zdaje się, że ta metoda improwizacji święci tu należne jej triumfy. No i stymulująca wszystko dyrygentura, żeby nie było zbyt prosto. Nie wiadomo, który dokładnie już raz, to skrzypaczka stawia stempel doskonałości. Na wybrzmieniu intrygujący dialog alt+violin, już bliżej strefy ciszy. Siódmy. Rodzaj narracyjnej kalki poprzedniego pomysłu – przepychanki na dyszach, smakowite zadziory na strunach. Wraz ze wzrostem dynamiki finalnego odcinka koncertu, interakcje pomiędzy muzykami stają się bardziej bystre i raczej pozbawione złych pomysłów. Znów duża porcja kontrapunktów na ostro, wprost z dłoni i umysłu dyrygenta. Finał wieńczy dzieło, czyli najdłuższą bodaj płytę w historii wydawnictwa DR. Być może jednak o kilka minut zbyt długą.






Podziemia, popołudniową porą!

Czas i miejsce zdarzenia: 26 marca 2016r., Underpool Studio w Barcelonie (?)

Ludzie i przedmioty: Ferran Besalduch - saksofon basowy i sopranowy, Joan Antoni Pich – wiolonczela, Pep Mula – perkusja.

Co gramy: muzyka improwizowana, na ogół dość swobodnie, jakkolwiek scenariusze przedprodukcyjne są możliwe.

Efekt finalny: siedem utworów opatrzonych tytułami, 45 minut. Dostępne pod tytułem Underground PM (DR 101), sygnowane nazwą własną Freenetics

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

One. Bystra, naostrzona wiolonczela, grzmiący saksofon basowy, nawołujący do tańca godowego, no i talerze w polerce – tak wygląda start tej improwizacji. Narracja narasta i opada, żłobiąc bruzdy w podłodze. Duże skupienie, oczy dookoła głowy. Cello płynie smykowymi pasażami (już 4 minuta przynosi recenzentowi pierwszą dawkę zachwytu), by po chwili wejść w solowy grymas, ale pozostać równie wyrazistą. Duet z perkusistą, to także udane rozwiązanie. Powraca bass sax i kreśli nowe plamy, uspakajając nieco sytuację na scenie. Two. Dynamiczny call & response! Wyborny sound wiolonczeli i saksofonu basowego. Emocje konfrontacji, energia zwarcia. Free jazzowa galopada bez hamulcowego. Three. Introdukcja perkusisty. Potem soprano zwrócone ku niebu, a wiolonczela ku piekłu. Uroczy dysonans akustyczny. Strunowiec łyka nieco pogłosu, dodając łyżkę psychodelii tej zwinnej improwizacji. Four. Szczypta kameralistycznej zadumy, która szuka jednak zwady, punktu zaczepienia do bardziej swobodnej ekspozycji. Wstrzemięźliwość muzyków nie daje jednak asumptu do eskalacji. Five. Wiolonczela ciągnie ten trójkołowy pojazd w kierunku muzyki współczesnej. Perkusja ma w sobie, dla odmiany, potężny ładunek emocji i myśli separatywnie. Saksofon – tu znów sopranowy - próbuje łączyć zwaśnione strony i czyni to perfekcyjnie (doskonałe solo w wyjątkowo wysokim rejestrze). Opus magnum Ferrana na tej płycie! Chwilami brzmi niemal jak trąbka. Kontrapunkt z gryfu bardzo solidny! Perkusista znów jakby poza, ale być może jego postawa ciekawie plącze ten fragment improwizacji. Six. Perkusyjne sonore! Wiolonczela biegnie ze wsparciem. Klimaty surowego AMM radują lico recenzenta. Saksofon rezonuje, niemal sam ze sobą. Komentarz cello znów pachnie dobrą kameralistyką. Twórcza konwulsja, która czyni ów moment kolejnym na liście argumentów dla uznania całego nagrania, jako dzieła kompletnego i wartościowego. Repetycja saksofonu, trochę mizdrzenia się przed lustrem, pętle i zakamarki dźwiękowe. Na finał posmak melodii i tonacji, które wcale nie szkodzą tej improwizacji. Seven. Wprowadzenie czyni saksofon sopranowy. Wiolonczela idzie z dołu i robi konkurencję nieobecnemu saksofonowi basowego. Rodzaj podskórnego rytmu, który zdobi tę narrację, czyniąc przy okazji asumpt do wysmakowanej puenty dla Underground PM. Kolejna partycja harmonii ze strun z niczym tu nie koliduje. Zdanie odrębne perkusisty, znów nieco na przekór, artystycznie broni się bez cienia wątpliwości. Finisz konstytuuje bardzo dobrą opinię recenzenta na temat tej płyty.


*) tytuł dzisiejszej historii dla tych, którzy nie radzą sobie zarówno z językiem katalońskim, jak i angielskim: Muzyka katalońska wciąż jest wolna. I doskonała.


środa, 8 listopada 2017

The Seen! Marka Wastella przygoda z improwizacją predefiniowaną! Mark Wastell’ predefined improvisation!


Wydanie okazałego pięciopaku swobodnych improwizacji - i to z udziałem niebanalnego brytyjskiego personelu muzycznego - nie mogło ujść uwadze Trybuny Muzyki Spontanicznej!

Dodatkowy smaczek wydarzenia edytorskiego, nad którym dziś będziemy dywagować, to fakt, iż żmudny proces improwizacji poprzedzony został pewnymi ustaleniami, co do jego przebiegu! Innym słowy, muzycy wychodzili na scenę wyposażeni w element wiedzy, który winien determinować ich działania artystyczne. Rodzaj instrukcji, czy wskazówek, często kierowanych indywidualnie do każdego z uczestników spektaklu dźwiękowego. A zatem – improwizacja predefiniowana! Lubimy na tych łamach zagłębiać się w tego typu zagadnienia.

Od razu wszakże zaznaczmy, iż jakikolwiek odbiorca tych dźwięków, ani najbardziej nawet wnikliwy recenzent nie zostali wyposażeni w wiedzę, jaki był zakres owej predefinicji, ani na czym dokładnie ona polegała. Dostajemy za to niepowtarzalną okazję na dogłębne słuchanie i doszukiwanie się znamion procesu sterowania improwizacją!

Dziś w roli głównej wiolonczelista Mark Wastell (choć ani razu nie zagra na tym akurat instrumencie) i jego artystyczny koncept pod nazwą The Seen. Inicjatywa formalnie egzystuje od ponad dekady, koncertuje dość okazjonalnie i – co niezwykle istotne – zawsze w innym składzie personalnym. Przy okazji kolejnego reaktywowania tegoż przedsięwzięcia, za pośrednictwem własnego wydawnictwa Confront Records, Wastell dostarczył nam box 5 CD z pięcioma archiwalnymi występami formacji. W globalnej sieci szukajcie tego pod nazwą The Seen Archive: Volumes I - V 2005 – 2009 *).




Spotkanie pierwsze – Londyn, Jackson Lane, czerwiec 2005

Ludzie i przedmioty: Benedict Drew, David Toop, Lee Gamble, Matt Davis i Phil Durrant – komputery (laptopy), Mark Wastell – kontrabas i Rhodri Davies – harfa.

Czas: 52:40

Jakże opresyjne spotkanie! Dwa żywe strunowce kontra pięć okablowanych maszyn elektronicznych! Prawdziwe drżenie materii, w pół drogi do muzyki konkretnej. Niemal stojąca improwizacja. Utracona bezpowrotnie zdolność percepcji źródeł dźwięków. Mikrodrony, szumy na kablach skąpane w pojedynczych incydentach elektroakustycznych. Wnikliwy odbiorca doszpera się w 9 minucie dźwięku, który dobiega definitywnie z żywego gryfu kontrabasu (dźwięku bardzo niskiego, zmutowanego, osiąganego za pomocą smyka). W reakcji, nieco tarcia na talerzach (z laptopa?) i wzajemnego rezonowania. Improwizacja szyta jest gęstym ściegiem, momentami można ją traktować jako solowy spektakl na kontrabasie, delikatnie skąpany w elektroakustycznym sosie, z dodatkiem harfy, która, póki co, nie dociera do nas tradycyjnymi kanałami dostępu. Być może wydarzenia 20 minuty stanowią wyłom w tej praktyce – dialog dwóch strunowców! Laptopy pozostają w permanentnej defensywie. 26 minuta, to jakby ciąg dalszy - rezonujące akordy i tarcia na strunach. W drugiej części koncertu harfa coraz częściej zaczyna pojawiać się w wymiarze czysto akustycznym i nie są to banalne propozycje. Narracja jest zmienna i rwana, jakby muzykom wciąż dostarczano coraz to nowszych instrukcji. W 33 minucie muzyka niemal zamiera. Pojedyncze dźwięki ledwie się tlą, rodzaj laptopowej meta ciszy. Powrót żywych dźwięków jest spektakularnie widowiskowy! Ale jedna z instrukcji nie pozwala rozwinąć się tej improwizacji, bo po 41 minucie znów stoimy po kostki w ciszy. Próby wzburzenia rezonansu na linii kontrabas-laptop, ale recenzent nie pada na kolana. Finałowe podrygi kontrabasu na gryfie zdobią ten nieco za długi koncert, a harfa dopowiada trzy gorsze na pełnym wybrzmieniu.


Spotkanie drugie – Trondheim, Teaterhuset Avant Garden, maj 2006

Ludzie i przedmioty: Dominic Lash – kontrabas, Benedict Drew i Tomas Korber – elektronika, Burkhard Beins – perkusjonalia, Graham Halliwell i Bertrand Denzler – saksofony, Mark Wastell – tam-tam (bęben szczelinowy), Wolfgang Fuchs – turntables, Angharad Davies – skrzypce.

Czas: 59:03

Elektroakustyczne spowolnienie, egzystencjalna nieśpieszność. W przeciwieństwie do pierwszego koncertu, tym razem instrumenty żywe w przewadze. Bogatszy zestaw tychże daje nadzieję na większe emocje w trakcie kolejnej instruowanej improwizacji. Pierwsze minuty wskazują, iż nadzieja ta może być płonna. Skromne drony przeplatają się wzajemnie, jak węże po ataku nuklearnym. Klimaty typowe dla wytwórni Another Timbre, jakby improwizacja bez rdzenia kręgowego (dodaje nieco złośliwy recenzent). W okolicach 10 minuty jeden z dronów staje na czele i intrygująco narasta. Zamiast wszakże spodziewanej eskalacji, jedynie dzwonki i talerze w drobnym rezonansie. Jeśli na pierwszym koncercie dotarliśmy do jakichkolwiek pokładów emocji, to tu, w trakcie drugiego, próżno ich szukać, jak do tej pory. Odrobina tarcia smykiem po strunach i szumu na dyszach przypomina nam, że gramy stosunkowo rozbudowanym składem instrumentalnym. Rozproszone, nie do końca rozpoznawalne źródła dźwięku pozostają naszym udziałem. Mikrominimalizm na zaciągniętym ręcznym. Próby lepienia tej materii w dron, który daje nadzieje na jakiś event, potraktować możemy jako udany zabieg predefinicji, dodatkowo zdobiony pulsacją skrzypiec (okolice 25 minuty). Kolejne chwile przynoszą stosunkowo dynamiczną ekspozycję, która gaśnie jednak po 150 sekundach, ku rozpaczy recenzenta. Ewidentnie, szpony scenariusza są dobrze naostrzone. Powrót do elektroakustycznego dronizowania z akustycznymi ornamentami skrzypiec, to kolejna szczypta piękna, która zanika ledwie dostrzeżona (39 minuta). Raz po raz, narracja ustaje, a dramaturgiczny dryl zapada się pod ziemię. A gdyby ten skład puścić na żywioł? – recenzent rozmarzył się niezobowiązująco. 45 minuta, rezonujące talerze w dobrych klimatach AMM. Chwilę potem delikatne pląsy skrzypiec na tle dark-ambientowej otchłani nieoczywistej elektroniki. Jeśli mamy problem z zakupem tej muzyki w całości, może warto pochylić się nad jej wybitnie trafionymi incydentami (ta błyskotliwa myśl daje recenzentowi nową porcję energii do życia). Na finał garść dronów, które zdają się multiplikować, nawet mikrohałasować (trudno wskazać personalnie prowodyrów tych wydarzeń). Intensywny pasaż szumu wprost z dysz dęciaków intrygująco konweniuje z narastającymi, trwającymi dźwiękami, płynącymi od pozostałych muzyków. Kompetentne wybrzmienie konsumuje naprawdę udany finał tej (znów) za długiej płyty.


Spotkanie trzecie – Londyn, Red Rose Theatre, listopad 2007

Ludzie i przedmioty: Benedict Drew, David Toop, Lee Gamble, Matt Davis i Phil Durrant – komputery (laptopy), Ashley John Long, Dominic Lash, Joe Williamson, Mark Wastell i Matthew Lovett – kontrabasy.

Czas: 36:27

Prawdziwa, wyrównana bitwa! Pojedynek wagi ciężkiej! Pięć kontrabasów vs. pięć laptopów! Będzie się działo? Będzie! Skowyczące smyki na gryfach kontrabasów, z których każdy snuje nieco inną historię. Póki co, ekscesy na kablach w dalekim planie - intrygujące skwierczenie pod koniec 3 minuty. W trakcie 6 minuty pierwsze próby grania pizzicato na którymś z kontrabasów. Żywe instrumenty w kontrataku, zatem martwe nie pozostają dłużne i wchodzą w konwulsyjne zwarcia. Dużo ciekawych zdarzeń elektroakustycznych w jednostce czasu. Każdy kontrabas ma swój pomysł (instrukcję?), każdy dokłada coś od siebie. W 20 minucie dotknięcie ciszy, ekscytujący moment ustania życia. Nawet zwykły oddech, po którejkolwiek stronie sceny, może być odebrany jako hałas. Uroczysko wielobarwnych i silnie zróżnicowanych dźwięków! Zdaje się, że mniej ze scenariusza, więcej z wyobraźni! Pulsująca, zdrowa elektronika i krwawe incydenty na gryfach – wyśmienite chwile w okolicach 28 minuty! Bez dwóch zdań – najlepszy fragment pięciopaku! Mnogość wydarzeń, multiplikacja wrażeń! Na finał, jakby powrót do początku koncertu – błyskotliwa klamra dramaturgiczna, czyniona głównie przez ekstremalnie niebezpieczne smyki, pozostające w uniesieniu niemal symfonicznym!


Spotkanie czwarte – Londyn, Cafe Oto, luty 2009

Ludzie i przedmioty: Dominic Lash – kontrabas, Paul Abbott, Phil Julian i Phil Durrant – elektronika, Mark Wastell - tam-tam & shruti box, Matt Davis – trąbka.

Czas: 31:12

Sekstet na scenie Cafe Oto! Trzech na trzech, powiedzielibyśmy, trzymając się nomenklatury konfrontacyjnej żywi na martwych. Bitwa na razie w powijakach, prawdziwa cisza w bloku startowym. Subtelna, elektroakustyczna aura, kilka czystych dźwięków, acz ledwie słyszalnych. Mikrotembr kontrabasu, talerze, trąbka na krawędzi ustnika. Narracja, choć prawie stoi w miejscu, to jednak płynie, dodajmy - wyjątkowo leniwym strumieniem. Wszelkie dźwięki dobywane są jakby muśnięciem opuszka najmniejszego palca. Szczypta oniryzmu, w tle intrygujący e-background. Gdy narracja próbuje narastać, smak całości zyskuje na wartości. E-muzyka idzie z samego dołu i budzi przestrach. To ewidentnie służy tej improwizacji. W 20 minucie żywe dźwięki dronizują się przy wsparciu zgrzytów na kablach, płynących prawą flanką. Po kolejnych 5 minutach stajemy w miejscu (nietrafiony zapis scenariuszowy – notuje recenzent). Muzycy szukają się po scenie. W tle talerze i drenowanie werbla (zasadne pytanie o źródła dźwięków – patrz: skład instrumentalny; a może to tylko dowód na wysokie kompetencje elektroników?). Rodzaj hałaśliwego, białego szumu przybliża nas do finału najkrótszego z koncertów (czas trwania dobrze robi temu spektaklowi), zdobionego mikro zdarzeniami akustycznymi.


Spotkanie piąte – Londyn, Cafe Oto, czerwiec 2009

Ludzie i przedmioty: Dominic Lash – kontrabas, Paul Abbott, Phil Julian, Phil Durrant, Ben Owen i Benedict Drew – elektronika, Jane Dickson – piano i elektronika, John Butcher – saksofon (także z feedbackiem), Jonathan McHugh – syntezator analogowy, Mark Wastell - tam-tam, Matt Davis – trąbka.

Czas: 48:50

Last, but not least? Największy instrumentalnie skład – 11 muzyków! Od startu sporo grzmiąco-dudniącej elektroniki. Silnie rezonującej, wspomaganej żywym tunningiem z kontrabasu i saksofonu wyposażonego w feedback. Jeden dron, jedna śmierć! Tradycyjna już na tym boxie dominacja niskich częstotliwości. Jakby zmutowane i naspidowane, całkiem wczesne AMM! Sporo incydentów elektroakustycznych z dominującym jednak udziałem okablowanych instrumentów. Narracja jest wszakże skąpa, z odrobiną szumu na dyszach (być może z nieśmiałymi próbami ucieczki od scenariusza). Rodzaj chaosu, który nie wskazuje drogi wyjścia z sytuacji (ok. 20 min). Po chwili jednak narracja dynamizuje się. Nawet doświadczamy hałasu! Krótkotrwałej (a jakże!) konwulsji! Industrialny tygiel dźwięków opuszczonych przez los, bez specjalnej komunikacji pomiędzy ośrodkami sprawczymi. Wyjście z tego pata dramaturgicznego (scenariuszowego?) ma smak żywego dronu, którego grot zwrócony jest w ciekawszą stronę, niż pomysły elektroników. Od czasu do czasu, koncert przynosi nam plamy nieco groteskowej, oldschoolowej elektroniki. Od czasu do czasu, do głosu dochodzi saksofon Johna Butchera, ale jego piękne mikropasaże są jak krople wody w zburzonym oceanie. Syntezatory szczytują (niestety), zatem czas wyczekiwać na finał. Ten jest dość dynamiczny, znów industrialny, a szanse żywych na przetrwanie – iluzoryczne.


*) byłbym nie do końca szczery, gdybym nie dodał, iż nakład boxu wynosi 100 sztuk i jest już… wyczerpany.



.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Memoria Uno! Rodzaj eksperymentu z dyrygowaną improwizacją - wywiad z Ivánem Gonzálezem


Wywiad przeprowadzony przez Pana Redaktora dla portalu Jazzarium.pl i tamże opublikowany w ubiegłym tygodniu (w obu wersjach językowych).

Cytując Ramona Pratsa, wprost z okładki płyty „Sons Of Liberty. Live at Granollers”, stworzonej przez wyjątkową orkiestrę Memoria Uno:

“Wytrwałość, zaangażowanie, bezkompromisowość i talent są stałym elementami składowymi dyrygentury Ivána Gonzáleza, a przy okazji trafnie definiują artyzm i tajemnicę jego muzyki. Jej unikalna natura i wewnętrzna złożoność prowadzą nas do ekscytujących i intrygujących wydarzeń, niemożliwych do osiągnięcia innymi metodami. Subtelna równowaga pomiędzy kompozycją i improwizacją, która czasami trwa ledwie kilka, ale jakże bezcennych sekund, gdzie role improwizatora, kompozytora i dyrygenta pozostają w stanie permanentnej zmiany”.

Teraz zobaczmy, co ma do powiedzenia sam muzyk.




„Sons O Liberty” to trzecia płyta Memoria Uno. Jesteś z niej dumny? Jak była różnica dla Ciebie w tworzeniu tej muzyki, w porównaniu do tej, która opublikowana została na poprzednich płytach – „Crisis” i „Cook For Butch”?

Jestem niezwykle dumny z „Sons Of Liberty”. Nie wynika to po prostu z faktu, w mojej opinii, iż jest ona wielka i wyjątkowa, ale dlatego, że to jest najlepszy koncert, jaki zrealizowałem w ostatnich dwóch latach, dodatkowo z udziałem muzyków i przyjaciół, których głęboko podziwiam.

Ten koncert był szczególny dla mnie z różnych powodów. To był pierwszy koncert Memoria Uno, który zrealizowałem na festiwalu jazzowym, co do tej pory nie miało miejsca. Do tego zagrany z Johannesem Nästesjö i Christerem Böthénem, ze Szwecji i Danii, których udział sprawił, że ów dzień była dla mnie wielkim podarunkiem.

Spotkałem Christera rok wcześniej w Barcelonie, na koncercie i zawiązaliśmy ze sobą wyjątkowe relacje. Christer nagrywał bardzo długo w estetyce Dona Cherry’ego, muzyka i trębacza, który silnie mnie zainspirował i którego głęboko podziwiam. Dla mnie, możliwość pracy z nim była jedną z najbardziej wspaniałych doświadczeń w moich dotychczasowym życiu.

Także możliwość współpracy z Agustí Fernándezem, Albertem Cirera i Pablo Rega, to był dla mniej wielki przywilej. To z nimi odkryłem samo pojęcie i pierwsze zalążki techniki dyrygowania. Muszę podziękować im za to, że do dziś stale praktykuję to zajęcie. Także i ta historia sprawia, że to nagranie jest jednym z najważniejszych rzeczy, jakie dotąd zrobiłem.

Różnica pomiędzy „Sons Of Liberty”, „Crisis”, a „Cook For Butch”, to przede wszystkim moment, w którym zostały one zrealizowane. Każda z nich ma swój niezwykły kontekst, unikalny moment powstania. I każda z nich ma swoją odrębną historię. Jeśli miałbym wskazać wyjątkową cechę, która wyszczególnia którąkolwiek z nich, to powiedziałbym, że jest nim fakt, iż „Sons Of Liberty” powstała przy udziale publiczności. To jest istotny element wyróżniający.

Czy mógłbyś opisać swoją drogą do stania się muzykiem, a potem – improwizatorem i dyrygentem improwizacji?

Mój związek z muzyką trwa od 8 roku życia. Od tego momentu zaczęły się kształtować, krok po kroku, moja estetyka, moje gusta, sposób grania i słuchania muzyki. Zacząłem grać muzykę klasyczną w konserwatorium, w moim rodzinnym mieście Malaga, łącząc te praktyki z graniem w orkiestrze dętej. Potem, pod wpływem przyjaciół, wszedłem w świat muzyki soulowej, funkowej i jazzowej. Przeniosłem się do Barcelony, by zagłębiać się w jazzie, i to właśnie wtedy załapałem się na pierwszy muzyczny stopień edukacji (Liceum Konserwatorskie). W Barcelonie poznałem ogromną ilość muzyków i przyjaciół, którzy mieli na mnie wpływ, a moje gusta, tudzież wątpliwości, zmieniały się jak w kalejdoskopie. Po prostu z czystej ciekawości zacząłem chodzić na koncerty z muzyką swobodnie improwizowaną i muszę przyznać, że to kompletnie zmieniło mój pogląd na muzykę i improwizację.

Za każdym razem byłem bardziej wytrwały, jeśli chodzi o ten rodzaj koncertów. Konkretnie w każdy czwartek cieszyłem się występami Duot*) w klubie Robadors **). Zatem zacząłem kupować płyty i chodzić na kilka ekscytujących koncertów w Barcelonie, aż do momentu, gdy Ramon Prats zaproponował mi grę w Robadors z Tomem Chantem, Àlexem Reviriego i nim samym. Mimo, iż byłem przerażony perspektywą gry z nimi i samą improwizacją, zgodziłem się. Początkowo czułem się bardzo niekomfortowo i byłem dalece powściągliwy w swojej grze, ale z upływem czasu i pod wpływem ćwiczeń, zaczynałem odnajdować swoje miejsce, i co najważniejsze, to sprawiło, że odkryłem siebie. Od tego czasu grałem z nimi w każdy czwartek. To jest najbardziej wartościowa rzecz, jaka kiedykolwiek mnie dotknęła, to doświadczenie zmieniło mnie kompletnie i od tego czasu podążałem już tą ścieżką.

Mój kontakt z dyrygowaniem miał swój początek dzięki Free Art Ensemble i Agustí Fernándezowi. Zaprosiliśmy Agustiego na kilka koncertów w Barcelonie. To wtedy przedstawił on nam sztukę dyrygowania, potem uczył nas, pokazywał, jak to działa. Zagraliśmy z nim kilka koncertów, a na zakończenie serii nagraliśmy nasz pierwszy album „Free Art Ensemble + Agustí Fernández”. W trakcie tego doświadczenia z Agustim, Albert Cirera zaprosił mnie do posłuchania koncertu „Banda de Improvisadores de Barcelona”, którym dyrygował Pablo Rega. To wtedy, po tym koncercie, zdecydowałem, że chcę dedykować moje życie dyrygenturze. To był pierwszy przypadek, że koncert tego rodzaju sprawił mi tyle radości. Nie potrafiłem uwierzyć, że choć muzyka sprawiała wrażenie, że została całkowicie zapisana, w rzeczy samej nie była taką. To była czysta improwizacja. To doświadczenie, to była wskazówka dla mnie, by zacząć zagłębiać się w dyrygenturę i dyrygowaną improwizację.  Memoria Uno jest tego rezultatem, dokładnie zaś, efektem wszystkich moich doświadczeń.

Wskaż proszę swoje główne muzyczne zajęcia poza Memoria Uno.

Dyryguję orkiestrą dętą, a także uczę gry na trąbce dzieci z domów, mających problemy finansowe, w szkole publicznej w Barcelonie. Gram w różnych zespołach i grupach w mieście, mam kilka projektów w toku, z którymi gram koncerty. Völga, Free Art Free, Martin Leiton Big Band, Toni Vaquer Big Band, Kamarilla i Silver Geishas, to są zespoły, z którymi nagrywam cyklicznie. Z drugiej strony, gram sesje improwizowane, organizowane przez Ramona Pratsa w Robadors i El Pricto wraz z Discordian Records w klubie Soda Acustic.

Czy słuchasz muzyki innych dużych improwizujących zespołów? Jakich? Który z nich jest dla Ciebie specjalną inspiracją?

Całe swoje życie słucham i gram we wszystkich możliwych rodzajach dużych zespołów, bandów, grup, orkiestr, także improwizujących itd… ale jeśli miałbym kogoś wspomnieć w kontekście inspiracji, powiedziałbym o London Improvisers Orchestra, Sun Ra Archestra, Mats Gustafsson’ Nu Ensemble, Peter Brötzmann's Chicago Tentet... Widziałem na żywo Agustí Fernández Celebration Ensemble, Barry Guy's New Orchestra, także Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble, by wymienić tylko kilka z nich. Ale bez cienia wątpliwości, jedną orkiestrę słuchałem najczęściej i to ona wywarła na mnie największy wpływ – to Butch Morris i jego Nuble Orchestra oraz ogromna ilość muzyki dyrygowanej, którą on wydał.




Czy mógłbyś powiedzieć nam o innych nagraniach Memoria Uno, tych czekających na wydanie? A także o tym, jaki będzie kolejny krok w rozwoju tej muzycznej idei?

Obecnie kończę edycję dysku Memoria Uno, nagranego w lutym 2017 roku, a czynię to wspólnie z Discordian Records. To nie była sesja nagraniowa. To był koncert, który odbył się w ramach drugiej edycji Improfest (Festiwal Improwizacji). Odbywa się on w Barcelonie i prezentuje lokalne grupy od wielu już lat. Ten występ był moją setną dyrygenturą i wkrótce zostanie wydany, zarówno w wersji cyfrowej, jak i na fizycznym nośniku***). To była szczególnego rodzaju formacja, z trzema perkusjami, gitarą elektryczną, dwoma kontrabasami, dwiema gitarami elektrycznymi, dwoma laptopami, pięcioma saksofonami, fletem, klarnetem i głosem. Wciąż pracujemy na tym projektem, nad masteringiem, ale nagranie powinno być dostępne pod koniec października 2017 roku ****). Kolejny krok nie jest jeszcze do końca określony, ale na pewno będę kontynuował eksperymentowanie z różnymi formacjami i koncertowanie w okolicach Barcelony. Chciałbym wydać płytę i częściej pracować z orkiestrą, z którą grałem w Lizbonie, ostatni raz, gdy byłem tam wraz z Albertem Cirera. Dzięki niemu mogliśmy wystąpić w Sali koncertowej ZBD *****). Spędziłem tam krótki czas, ale to było niesamowite doświadczenie dla mnie i niecierpliwie czekam na okazję, by znów z nimi pracować. Zespół nazywa się „Signs Of Freedom”, w większości zaś składa się z naprawdę dobrych improwizatorów z portugalskiej sceny muzycznej. Mam nadzieję występować z nimi ponownie w lutym lub marcu w Lizbonie, ale wszystko to nie jest jeszcze pewne.

Na koniec trudne pytanie. Czy możesz opowiedzieć nam o finansowaniu tak dużego projektu muzycznego, jakim jest Memoria Uno? I jakie są szanse na granie tej muzyki poza Barceloną? Może w Polsce?

Finansowanie Memoria Uno jest zarówno złożone, jak i całkiem proste. Ja płacę za wszystko. Płacę za wszystko związane z wydaniem płyty, nagraniem, miksowaniem, projektem, także w zakresie fizycznych nośników itp. Ale powinienem zaznaczyć, iż nie jestem sam i wszyscy muzycy oraz przyjaciele pomagają mi w tym projekcie, w organizacji, czy w sprawach wydatków na jedzenie, czy transport. W przeciwnym razie, nie byłoby to możliwe. Większość występów kończymy z ujemnym bilansem finansowym, ponieważ ta formacja nie ma stałego składu, zmienia się z każdym występem i ja po prostu płacę odpowiednie wynagrodzenie np. dwa razy, jedno na festiwalu jazzowym w Granollers, gdy robię płytę „Sons of Liberty”, inne na festiwalu w Vic, gdy wydaję płytę „Cook for Butch”. Pozostałe występy zrobiliśmy w Barcelonie za wpływy z biletów. Nawet, jeśli tego nie lubimy, wszystko co wtedy zarobiliśmy, zostało podzielone po równo dla każdego z muzyków.

Dla jasności sytuacji, projekt wciąż żyje, ponieważ wkładamy w to ogromny wysiłek i mamy jasno nakreślony cel – eksperymentować w kontekście swobodnej improwizacji i dyrygentury. Chciałbym występować znacznie częściej i na lepszych warunkach, ale nie jest to w tej chwili możliwe. W kwestii występów Memoria Uno poza Barceloną, to jest możliwe, ponieważ formacja ta nie ma stałego składu, funkcjonuje raczej na zasadzie dużej społeczności kierowanej przeze mnie. Chyba, że potrzebujemy specjalnego składu, jak w przypadku „Cook For Butch” lub „Sons of Liberty”. W wypadku, gdy musimy płacić za jedzenie, transport, noclegi, inne opłaty… to nie jest łatwe, ponieważ jesteśmy dużym składem, jest wielu muzyków, ponieważ nie jesteśmy na tyle popularni, by ktoś zechciał angażować swoje pieniądze w nasz projekt. Zasadniczo, większość przypadków, gdy koncertuję poza Barceloną, odbywa się przy udziale lokalnych muzyków, jak na przykład w Lizbonie z orkiestrą, o której już wcześniej wspominałem lub z Orkiestrą „Raras Musicas de Madrid”, z udziałem Ricardo Tejero i Javiera Entonado. Oczywiście, to zupełnie inna sytuacja, grać z muzykami, których nie znasz, ponieważ masz mało czasu, by ich poznać i stworzyć język komunikacji, który pomoże nam zrozumieć się wzajemnie w trakcie występu. Z muzykami, którzy są moimi znajomymi, jest oczywiście inaczej, ponieważ się znamy, ponieważ oni znają mój język komunikacji i rozumieją, w którym kierunku chcę podążać. Ale dla mnie obie opcje są interesujące i stanowią każdorazowo spore wyzwanie, pewien rodzaj przygody.

Chciałbym przyjechać do Polski w każdym momencie (ha, ha, ha), muszę jedynie znać miejsce i czas, ale jeśli chciałbyś zobaczyć formację „Sons Of Liberty”, musimy porozmawiać o warunkach. Był pomysł, by zagrać w czerwcu z „Krakow Improvisers Orchestra”, ale nie udało się tego zrealizować. Czekam z niecierpliwością, by przyjechać do Polski i występować z dużym zespołem, i myślę, że nie długo to nastąpi. Może zobaczymy się już wkrótce, taką mam przynajmniej nadzieję.

Ivan, bardzo dziękuję za rozmowę.
  
Płyta Memoria „Sons Of Liberty. Live at Granollers” ukazała sie nakładem wydawnictwa Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. W tejże serii dostępna jest także płyta kwartetu Völga, którego muzykiem jest Iván González.




*) chodzi o duet Alberta Cirery i Ramona Pratsa
**) bodaj najbardziej znany i odwiedzany klub muzyczny w Barcelonie, który dostępny jest dla wielu muzycznych gatunków, a mieści się w bardzo podejrzanej obyczajowo okolicy, nie daleko wszakże od najważniejszej ulicy miasta, czyli La Rambla.
***) wszystkie płyty Discordian Records ukazują się w wersji cyfrowej. Jeśli jednak muzycy mają taką wolę (i środki finansowe!), nagranie ukazuje się również na CD. Taka rzecz miała miejsce w przypadku dwóch pierwszych płyt Memoria Uno, o którym wspominam w pierwszym pytaniu tego wywiadu.
****) wywiad był przeprowadzony we wrześniu br.
*****) Ze dos Bois - bardzo prężny ośrodek wielogatunkowych działań twórczych, znajdujący się na styku dzielnic Chiado i Bairro Alto (w zasadzie – w centrum miasta).

------------------

Memoria Uno, kind of experiment in conducted improvisation – the interview with Iván González

According to Ramon Prats, directly from the sleeve of “Sons of Liberty. Live at Grannolers”, by the special orchestra Memoria Uno: “Perseverance, commitment, insistence and talent are a constant in Ivána González’ conductions, and themselves an explanation of the art and mystery of his music. It's unique nature and inner complexities lead us to exhilarating and addictive situations impossible to reach by any other means. A delicate equilibrium between composition and improvisation that sometimes lasts only a few but priceless seconds, where the roles of performer, improviser, composer and conductor are in constant change”. Now look what the musician would like to say.


"Sons Of Liberty" is the third Memoria Uno record. Are you proud of it? Which was the difference for you in creating this music and creating previous music published on "Crisis" and "Cook for Butch"?

I'm so proud of "Sons of Liberty". Not just for the fact that, in my opinion, it is a great and special record, but because is the best concert I've made in the last two years, featuring musicians and friends who I deeply admire.

This concert was very especial to me for different reasons. It was the first concert I made with Memoria Uno at Jazz Festival, a fact that does not usually happen. And to play with Johannes Nastesjo and Christer Bothen, who came exclusively from Sweden and Denmark that day was a huge gift to me.

I met Christer the year before in Barcelona at a gig and we had an special connection. Christer recorded for a long time due to music of Don Cherry, a musician and trumpet player who inspired me a lot and I deeply admire. For me, to be able to work with him has been one of the most grateful experiences of my live so far.

To count on Agustí Fernández, Albert Cirera and Pablo Rega was a great privilege. With them I've discovered the concept and a bit of the technique of the "conduction". It is thanks to them that today I'm still practising this concept. This kind of anecdotes make this recording one of the most important I've made until now to me.

The diference between "Sons of Liberty", "Crisis" and "Cook for Butch" is the moment when were realized. There is an especial context in each of these recordings, a unique moment. And each of these three recordings has his own story. But if I had to highlight something between them I would say "Sons of Liberty" has been recorded with an audience, so it's the only one made in a real concert situation.

Could you describe your coming to stay a musician and next – to be improviser and director of improvisation?

I am in touch with music since I was 8. The entire way to here shaped bit by bit my aesthethic my tastes and my way to play and listen to music. I started playing classical music at the conservatory of my natal city, Malaga, combining this studies with the marching band. Later, influenced by my friends, I got into the world of "soul", "funk" and "jazz". I had to move to Barcelona to deepen in jazz studies, and that's where I got my music degree (at Liceo's Conservatory in Barcelona).

In Barcelona I met a great number of musicians and friends who have influenced me a lot, my tastes and concerns were changing almost without realizing it. Just for the sake of curiosity I started going to free improvisation concerts, and I have to say that this completely changed my concept of music and improvisation.

Each time I was more assiduous to this kind of concerts. Specifically I enjoyed every Thursday “Duot” at Robadors. So I started buying CD’s and going to the few existing concerts in Barcelona, until the day when Ramon Prats offered me to play at Robadors with Tom Chant, Alex Reviriego and himself. Althought I was terrified of playing with them and improvise, I accepted. At the beginning I was uncomfortable and restrained, but but with time and practice I started to find my place and, the most important, it made me discover myself.
Since then I've been playing with them every Thursday. It is the best masterclass I’ve ever received. That experience changed me completely and since then I've been following this path.

My contact with the conduction started throught “Free Art Ensemble” and Agustí Fernández. We invited Agustí for some gigs in Barcelona. There was when he introduce and teach us the art of conduction and how it works. We played with him in some concerts and we finished the tour recordering our first album “Free Art Ensemble + Agustí Fernández”.
At the middle of the experience with Agustí, Albert Cirera invited me to listen in concert the “ Banda de Improvisadores de Barcelona” conducted by Pablo Rega. There, and after that concert, was when I decided that I wanted to dedicate my life to conducting. It was the first time I enjoyed a gig like this. I couldn’t believe, it seemed that everything was writted, but it wasn’t. It was pure improvisation. This experienced was the clue to begin my investigations about conducting and conducted improvisation. Memoria Uno is the result, in a certly way, of all of my experience

Please, indicate your main music occupations outside Memoria Uno.

I conduct in a Marching Band and also I teach trumpet to childrens of families with economic difficulties  at a public school in Barcelona.  I participe in different bands and groups of the city and I have several projects on, which I have some gigs. Völga, Free Art Three, Martin Leiton Big Band, Toni Vaquer Big Band, Kamarilla and Silver Geishas are some of the bands I participe freqüently. In another hand, I play at the Improvising Sessions organized by Ramon Prats in Robadors, and El Pricto with Discordian Records at Soda Acustic Club.

Do you listen music of other large improvised ensembles? Which? What is the special inspiration for you?

I've been all my life listening to and playing in all kinds of large ensembles, bands, orchestra, big bands, improvisation orchestra, etc...but if I have to mention in inspiration context, I'll  say the London Improviser Orchestra, Sun Ra Archestra, Mats Gustafsson’ Nu Ensemble, Peter Brötzmann's Chicago Tentet... I've seen live the Agustí Fernández Celebration Ensemble, Barry Guy's New Orchestra and Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble, just to name a few. But without doubt the one I've been listening the most and made the biggest influence is Butch Morris, with his Nublu Orchestra and the large number of conductions he has edited.

Could you tell us about another recordings of Memoria Uno, waiting to edit? And about next step to develope this music idea?

Right now I am finishing the edition of a Memoria Uno disc, recorded in February 2017 with Discordian Records. It was not a recording session. It was a concert in the second edition of Improfest (improvisation fest), located in Barcelona featuring local groups since a couple of years ago. The performance was my conduction number 100 and soon it will be edited in digital and physical format. It is a kind of special formation , with three drums, electric bass, two double basses, two electric guitars, two laptops, five saxophones, flute, clarinet and voice. We are still working in the design and the mastering, but it will be released around the end of October 2017. The next step is not clear now, but for sure I will keep experimenting with different formations and doing performances around Barcelona. I would like to record and work more with the orchestra that I played in Lisboa  last time that I was there with Albert Cirera. Thanks to him we could perform in ZBD music hall. Despite the short time I was there it was an amazing experience, and I'm looking forward to work again with them. The ensemble name is "Sings of Freedom", and most of the components are really good improvisation musicians from the Portugal scene. I hope to perform again with them in February/March in Lisboa, but everything is still an uncertainty.

And the difficult question. Could you tell us about funding that big music project like Memoria Uno?  And about chance to play music outside the Barcelona? Maybe in Poland?

The funding of Memoria Uno is complex and simple at the same time. I pay for everything. I pay for everything related with the disc, recording, mixing, design, physical copies, etc. but I should say that I’m not alone and all the musicians and the friends help in that project, with the design or food and transport expense. Otherwise, it will be impossible. Most of the performances we did end with a negative balance, because it is not a formation with a fixed number of people, it changes every performance and because I just pay a suitable salary two times, one in the jazz festival in Granollers , and I made the disc “Sons of Liberty”, and other in the jazz festival in Vic with “Cook for Butch”. The rest of the performances that we did in Barcelona where “door money”. Even if we don't like it, all that we earn in the show we divide by the musician in equal parts.

To be clear, the project is alive because there is a huge effort behind and a really clear target: to experiment in the free improvisation and the conduction contexts. We would like to perform more often and with better conditions, but that's not possible at the moment. About Memoria Uno out of Barcelona, it is possible because there is not a fix formation, it works more like a big community headed by me. Unless we want a specific formation like “Cook for Butch” or “Sons of Liberty”. In that case we have to pay food, transport, accommodation, fees, … and it is not easy because of the amount of musician that we are, and because we are not so popular to make someone put money in our project. In general, the most of the time that I have performed outside Barcelona it has been with local musicians,  like in Lisboa with the orchestra that I said before and with “Orquesta Raras Musicas de Madrid” with Ricardo Tejero and Javier Entonado. For sure, it is not the same to play with musicians that you don't know, because you have a small time to know them and make a language that can help us to understand each other in the performance. With the musicians that I familiar with its different, because I know them and they know my language and understand where I want to go. But, for me, both of the options are interesting and challenging, it is like an adventure for me.

I am willing to go to Poland any time hahaha, i just need to know place and time, but if you want the formation “Sons of Liberty” we need to talk about the conditions. I've been in contact with “Krakow Improviser Orquestra” to perform on June but it was no possible at the end. I am looking forward to go to Poland and perform with a big ensemble, and it won’t be long. Maybe we will see each other soon, this is what I wish and hope.

Ivan, thanks for the conversation.
  
The editor of „Sons Of Liberty. Live at Granollers” is Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. In this series The Völga Quartet with participation of Ivan Gonzalez is also released.





czwartek, 2 listopada 2017

Alex Ward & Mike Gennaro – Bring A Book! Poczytajmy zatem!


Alex Ward, angielski klarnecista i gitarzysta, gości na łamach Trybuny dość regularnie, acz nie za często. Jeśli chcielibyście sobie odświeżyć poprzednie historie, warto zajrzeć choćby tutaj właśnie.

Wspomnienie muzyki Alexa zawsze budzi do życia moje wewnętrzne dysputy dotyczące komponowanych aspektów muzyki improwizowanej. Doskonale pamiętam moment sprzed półtora roku, gdy Ward i kontrabasista Dominic Lash, popijając piwo, dyskutowali o czekającym ich za moment koncercie w duecie, rysując wiele dziwnych symboli na pięciolinii. Szczęśliwie sam koncert okazał się … bardzo swobodną improwizacją. W innych okolicznościach, dla organizacji predefiniowanej improwizacji swojego sekstetu, przygotował dla muzyków … 14 stronicową instrukcję. Muzyka na płycie płonęła emocjami i w niczym nie przypominała grania spod linijki.

Dziś przed nami płyta Alexa w duecie z kanadyjskim perkusistą Mike’em Gennaro, którą z całą stanowczością określić możemy jako swobodną improwizację. Co Panowie ustalili przed samym procesem twórczym nie wiemy, ba, nawet nie chcemy wiedzieć. Efekt bowiem końcowy tak bardzo nas zadowala. A przy okazji, nagranie o którym mówimy jest pierwszorzędną okolicznością do zachwycenia się warsztatem improwizatorskim Warda, zarówno w kontekście drobnego instrumentu dętego, jakim jest klarnet, jak i wybuchowej gitary elektrycznej. A że partner na perkusji okazał się być nie mniej kreatywny, powstała płyta, którą już dziś śmiało możemy rekomendować jako jedną z najlepszych, udostępnionych światu z datą 2017.




Lądujemy w londyńskim Cafe Oto (tu określonym z dodatkowym epitetem Project Space, domniemuję, iż bez udziału publiczności), jest 22 września 2016 roku. Panowie zagrają 55 minut, a swój spektakl zaprezentują w czterech odcinkach z tytułami. Muzyka z tego wydarzenia dostępna jest  – jedynie w wersji elektronicznej - na stronie bandcampowej Mike’a Gennaro (link na końcu tekstu), pod tytułem Bring A Book.

A Strange Message. Alex startuje na klarnecie, a towarzystwo Mike’a akcentują dźwiękowo incydenty na dzwonkach i talerzach. Od początku improwizacja jest dynamiczna, a dźwięki ścielą się gęsto. Klarnet pędzi bardzo szerokim pasmem (dużo eskalacji w wysokim rejestrze), drumming jest aktywny, czujny, w ślad za każdym oddechem partnera. Progresywny free jazz z konwulsyjnym, wręcz dzikim klarnetem. Gdy muzycy świadomie tracą tempo, pozostają równie zadziorni i przekonywujący. W formule wyzwolonej improwizacji (gdzież to zapodziały się notatki przedkoncertowe?!) Ward udowadnia, jak doskonałym jest improwizatorem. 13 minuta przynosi ostre hamowanie narracji – efektem tego piękne, sonorystyczne interludium! Powrót do dynamiki sprzed chwili, jeszcze bardziej podnosi temperaturę tego artystycznego wydarzenia. Finał wybrzmiewa bardzo spokojnie, trwającymi, dronowymi pasażami klarnetowymi, zdobionymi mikrozdarzeniami na zestawie perkusyjnym.

The Zoo Clue. Tym razem gitara z dużym prądem. Spokojne rozeznanie walką. Już na wstępie można usłyszeć, jak szeroka jest paleta artystycznych środków wyrazu po stronie gitarzysty. To szaleństwo gitarowe nie ma posmaku rockowego sensu stricte, ale naleciałości psychodelii lat 60. ubiegłego stulecia słyszy się tu nawet niewprawionym uchem. Jest i punkowy zadzior, a także noise’owa nuta w zaśpiewie – wszystko wszakże na wirtuozerskim poziomie. W 6 minucie muzycy popadają w urokliwą galopadę, by już w 8 minucie przystanąć i delektować się onirycznymi klimatami wprost z rozżarzonych strun (doskonałe!).

Nitshell Trail. Powrót do klarnetu! Rozbujana, ale nieśpieszna melodyka. Bez zbędnej zwłoki artyści ruszają w kolejną podróż, pełną energii i pomysłów na rozwój wolnej improwizacji. Bez wątpliwości, bez niedopowiedzeń, krwisty kawałek free jazzowego mięcha z najwyższej półki (tak napakowanego emocjami klarnetu próżno szukać w gatunku!).

Dancing Sticks. Zgodnie z prawem serii, Ward znów sięga po gitarę. Drumming Gennaro jest stabilny i dość jednorodny, ale za to świetnie stymuluje improwizatorską wyobraźnię partnera. Tu znów doświadczamy gitarowej orgii na tle kompulsywnej pracy perkusisty. Znów krok w pogłos i wątek psychodeliczny, który świetnie podkreśla wartość całej ekspozycji. Tuż potem, jakże błyskotliwe wybrzmienie! Gitarowa uwertura! No i szczypta konstruktywnego hałasu, niczym wisienka na torcie! Ale to jeszcze nie koniec, galopada rusza w najlepsze! Kolejne zejście w oniryzm i enigmatyczność środków wyrazu smakuje nad wyraz wytrawnie i nie drażni podniebienia. Na gryfie prawdziwa eksplozja! Taki Steve Vai już bierze się za dźwiganie pieców Warda! Eskplozywne, wyzwolone ze szponów zapisów kompozytorskich, dzikie zwierze! Oto Alex Ward w pełnej krasie! Finał jest pełen ognia – istotnie fire music! I wielkie brawa dla Gennaro! Rzadko który muzyk potrafi wykrzesać tak wiele emocji z duszy Warda.


****

W uzupełnieniu najnowszych wydawnictw z udziałem Alexa Warda, z pewnością warto sięgnąć po nagranie jego Kwartetu (personalne powiązania z jego Sekstetem, czy też Kwintetem oczywiste). Od wiosny jest z nami płyta Inductance (Copepod Records, tylko wersja elektroniczna). Ward gra tu na obu swoich ulubionych instrumentach, a wspierają go Olie Brice na kontrabasie, Steve Noble na perkusji i Rachel Musson na saksofonie tenorowym. Nagranie nie jest długie (łącznie niespełna 40 minut) i składa się z trzech części tytułowej kompozycji (!) plus tzw. alternative take części 2. Część zasadnicza, choć zawiera nagrania powstałe w trzech różnych okolicznościach nagraniowych (dwa koncerty, jedno studio), jest jednym ciągiem dźwiękowym i przynosi niezbadane pokłady wolnej improwizacji! Widać taki urok tych wardowskich kompozycji.



Płyta Bring a Book jest dostępna w tym miejscu