niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundog! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundog  Sundog (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samulel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundog brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz